Z diariusza Pana Dariusza: Jeszcze będzie przepięknie…

„Jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie” – nucę przebój Tomka Lipińskiego z legendarnego Tiltu. Przypomniał mi ją nocny, charytatywny Koncert dla bohaterów TVN, w którym najwięksi rodzimi artyści, muzyką i finansowym datkiem widzów – materialnie i duchowo wspierali służbę zdrowia. Dla nas była to dodatkowo okazja, by przekonać się, jak będą w najbliższych miesiącach (latach?) wyglądać koncerty naszych idoli. Wszyscy oni, od wielkich The Rolling Stones po malutkie Sorry Boys, tegoroczne trasy koncertowe z wielkich stadionów i hal musieli przenieść do studiów, mieszkań, a stamtąd – internetowo na małe ekrany naszych tabletów i smartfonów. I jak jest? Na pewno mniej efektownie – nie ma laserów, komputerowych bajerów, kolorowej choreografii, tłumnej atmosfery. W wersji „unplugged” muzyka wraca do źródeł, do naturalnego brzmienia instrumentów, do naszych osobistych emocji. Bliżej jej stąd do naszych serc, niż do umasowionej emocji. A może tak jest lepiej? Sam jeszcze nie wiem. Wszak wiele lat spędziłem w podróżach na koncerty w wielkich salach. Wrażeń nie brakowało, tylko, że ci wielcy mniej dostępni. Gdzieś tam, hen, daleko na wielkiej scenie. Dziś mam ich w zasięgu ręki, na ekranie smartfonu, z którego – wydaje mi się – swoją muzykę grają tylko dla mnie.

Na małe ekrany przeniosła się też literatura. Odcięty chwilowo od obfitych w nowości zasobów Biblioteki Kraków (polecam!) korzystam z czytnika, na który internetowo ściągam książki. Tak też trafiła na mój ekranik najnowsza książka Roberta Harrisa. Ależ się radowałem! Harris to przecież czytelniczy top, autor kilkunastu światowych bestsellerów, takich jak Konklawe, Monachium czy Autor widmo. Wiele z nich sfilmowano z sukcesem, tak jak ostatnio Oficera i szpiega w reżyserii Romana Polańskiego. Brytyjski pisarz, słynący z beletrystycznych wersji historii świata, tym razem wybiegł w przyszłość. Gdybym gatunkowo jego najnowszy Drugi sen miał gdzieś skatalogować, to byłaby to półka z napisem thriller postapokaliptyczny.

Akcja wedle książkowego przenosi nas do roku 1468, wedle naszego kalendarza jest to rok 3293. Nasza cywilizacja została niemal całkowicie unicestwiona w roku 2025, a jednym z powodów miała być groźna epidemia, która przyniosła wielkie zniszczenie naszego gatunku. Ależ ten Harris ma nosa, pomyślałem z zazdrością, po pierwszych kliknięciach. Czyżby on wiedział wcześniej o naszym koronawirusie? Tym chętniej klikałem w dalsze strony, aż do zakończenia. I co?

Niestety, wielki czytelniczy zawód. Ani się z tej książki nie dowiedziałem, co nas czeka, ani też fabuła nie zachęcała do połykania dalszych stron. Ot, angielski ksiądz Fairfax snuje się po Wyspach szukając śladów po tajemniczej cywilizacji, czyli po nas. A realia i prawdy tym poszukiwaniom towarzyszące – jakże bliskie naszym realiom. Kłamstwo, obłuda, hipokryzja, cynizm i zbrodnie towarzyszące działalności Kościoła i władzy – oto prawdy z lektury Drugiego snu wynikające. Sami przyznacie: przecież my o tym wiemy, więc po co takiego Harrisa czytać? Więc życzliwie radzę – możecie sobie tę książkę odpuścić.

Wracam do bardziej kulturalnej kwarantanny i do… okien. Wielkotygodniowo, ku radości domowych Kobiet, będą czystsze. A że słońce piękne – to i świat za nimi staje się piękniejszy.

„Jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie” – nucę z nadzieją na pokonanie koronawirusa. I myję…

Dariusz Łanocha

#diariuszDariuszazKFK

 

Social media
Szukaj...
Skip to content