Z diariusza Pana Dariusza: Moja Ameryka

Przyznam Wam się, że jednym z moich wielu marzeń było od lat zobaczenie Nowego Jorku. Dlaczego? Choćby dlatego, że to nieformalna stolica świata, że to miasto, które nigdy nie śpi (a ja też mam z zaśnięciem kłopoty), że w Nowym Jorku jest Broadway, Madison Square Garden, Chinatown, jeżdżą żółte taksówki. I jest wiele innych powodów, dla których takie miasto powinienem zobaczyć, tym bardziej, że widziałem już i Paryż, i Londyn, i Pragę, i Bangkok, i Dubaj, a nawet Pcim dokładnie w swoim życiu poznałem. A Nowego Jorku nie. Przecież nawet taki red. Wacek Krupiński gościł w Nowym Jorku i mógł mi o tym mieście opowiadać, ochów i achów nadużywając. Sami przyznajcie – to jednak społecznie niesprawiedliwe, że Krupiński w Nowym Jorku już był, a ja jeszcze nie. To przecież wstyd, jak cholera. Jak w kulturalnym towarzystwie Krakowa się pokazać, w mekce kulturalnego świata, Nowym Jorku nie będąc? No jak? A tu, wizy, terminy, finansowe ograniczenia. Wszędzie kłody mi stawiali na drodze do mojej Ziemi Obiecanej, czyli Ameryki.

Aż tu nagle jesienna niespodzianka. Trump, zniesienie wiz i telefon od Przyjaciela. No, teraz to już musisz do mnie przyjechać. Najlepiej wczesną wiosną – zapraszał redaktor Jarosław Armatys, krakus z Brooklynu, ongiś także redakcyjny kumpel Krupińskiego. Nie mogłem amerykańskiemu przyjacielowi odmówić. Bilet w atrakcyjnej cenie już następnego dnia kupiłem. Na 16 IV 2020.

Zapewne domyślacie się, jak skończyły się moje amerykańskie marzenia. Najpierw, stopniowo poziom ich spełnienia pomniejszał chiński koronawirus, a ostateczną decyzję podjął prezydent Trump, likwidując lotnicze kontakty z Europą. Nowojorską przygodę musiałem zastąpić krakowską kwarantanną. Z Manhattanem na Podwawelskim.

Z marzeń jednak nie zrezygnowałem. I staram się precyzyjnie przygotowany plan nowojorsko-amerykańskiej eskapady realizować. Wirtualnie przecież wszystko jest możliwe. Wklepałem w Google „wirtualne zwiedzanie Nowego Jorku”, wklepuję inne miasta i atrakcje. I zwiedzam. Wczoraj sporo chwil spędziłem ma Manhattanie, zwiedzając Museum of Modern Art.

Nie poznasz MoMY, to tak jakbyś nie był w Nowym Jorku – wielokrotnie zachęcał mnie potencjalny amerykański gospodarz niedoszłej przygody. On sam, kilkanaście już lat – ten przybytek zwiedza po swojemu. Wybiera salę, obiekt, serię obrazów – siada i gapi się nieco dłużej, medytując nad wielkością sztuki i małością człowieka. Kolega Jarek wybrał taką formę poznawania MoMY, gdyż wie, że pełnych zbiorów nie pozna nigdy. Musiałby zobaczyć 150 tysięcy obrazów i obiektów artystycznych, obejrzeć 22 tysiące filmów, przeczytać 300 tysięcy książek, poznać twórczość 70 tysięcy artystów. A to przecież niemożliwe.

Też fragmentarycznie poznałem zbiory muzealne MoMA, skąd udałem się na Broadway. W wirtualnej rzeczywistości nadmiernie chyba podkoloryzowany.

Moją amerykańską podróż wspierają telewizyjne programy. Miałem w planach wizytę w Wielkim Kanionie. Dzięki TV poznałem go w 2-odcinkowym fantastycznym filmie BBC Operacja Grand Canion, dokumentującym przepływ grupy kajakarzy przez spory fragment Colorado. Ależ pejzaże! Na żywo z pewnością nie wszystkie bym zobaczył.

Dzień w dzień, po kawałku, zwiedzam więc wirtualnie tę swoją Amerykę. I tak sobie myślę, że może to i dobrze, że mnie tam teraz nie ma. Koronawirus czyni w USA znacznie większe szkody. Z relacji wynika, że jedną z większych bolączek Nowego Jorku jest brak mydła w płynie i papieru toaletowego.

Na moim podwawelskim Manhattanie papier jest. I ja też zdrowy jestem. A to przecież w życiu jest najważniejsze. A nie jakieś tam kosztowne amerykańskie marzenia.

Dariusz Łanocha

#diariuszDariuszazKFK

 

Social media
Szukaj...
Skip to content