Z diariusza Pana Dariusza: Dzień wyjścia

Z diariusza Pana Dariusza: Dzień wyjścia

Akurat co do tego nie miałem żadnych wątpliwości. Przez cały Ten Czas byłem jednak pewien. Ta chwila, ten dzień, te emocje – muszą jednak kiedyś nadejść. Wcześniej lub później, ale muszą. No, nie ma innej opcji! Wypadało więc, ba – koniecznie trzeba było – do tego wydarzenia się odpowiednio przygotować, skoro i prezydent, i premier, i naukowe autorytety, a nawet sam prezes – wydarzenie to w wielkości swych umysłów – nam szaraczkom obiecywali.

Szykowałem więc kolejne sekundy i minuty tego dnia, precyzyjnie rozpisując wszystko. Czynności, miejsca, trasę, potrzeby, porę dnia, odzienie, a nawet menu. Wtedy też podjąłem decyzję, że nie rzucę się na wolność jak zdecydowana większość Narodu. Już Dnia Pierwszego. Zachowam umiar i spokój, podelektuję się nadejściem tej możliwości, tak – by odpowiednio ją uczcić. I radować się tą możliwością, jak najdłużej.

W moim przypadku stało się to więc dopiero Dnia Piątego od daty, którą premier określił, jako Dzień Wyjścia. Do dziś nie wiem, jak opisać ten moment poranka, kiedy uchyliłem drzwi mieszkania i wysunąłem nieśmiało lewą nogę na korytarz piętra. Zgodnie z zaleceniami Autorytetów – najpierw rozpoznałem sytuację: rzut oka na wprost, w lewo, w prawo. By zyskać pewność, że nie czai się tam wróg śmiertelny na „K”, który mnie usidlił na dni trzydzieści. I pięć.

Gdy do lewej dosunąłem prawą nogę – stało się. Poczułem się jak Neil Armstrong na Księżycu, który w 1969 roku wykonał mały krok człowieka i wielki krok ludzkości. Albo jak bohaterowie Seksmisji, którzy po wyjściu na powierzchnię Ziemi od razu poszli na lewo, gdyż tam musiała być jakaś cywilizacja. Ja zszedłem tylko na dół. Do wózkowni, do roweru. Od dawien dawna lansuję przecież rower jako komunikacyjną nadzieję ludzkości na uwolnienie jej od CO2, smogu, korków, a teraz także koronawirusa.

Od razu śmignąłem w kierunku pobliskich Skałek Twardowskiego. Tam – wiadomo – dużo zieleni, świeżego powietrza, urokliwych pejzaży. I mniej chyba koronawirusa, choć to niepewne, gdyż ten wróg wszędzie potrafi się zaczaić. W moim Dniu Wyjścia na Skałkach było też stosunkowo mało ludzi, co stanowiło okoliczność sprzyjającą przejażdżce. Pierwsze wrażenia? W moim przypadku ograniczały się niemal wyłącznie do maseczki, która co rusz spadała z nosa. Parujące okulary okazały się dodatkową niedogodnością. Już po kwadransie doszedłem do wniosku, że pokwarantannowe realia mocno zweryfikują plany na ten dzień. Osłabiony brakiem ćwiczeń organizm długo nie wytrzymał fizycznego wysiłku, maseczka coraz bardziej denerwowała, wolność wcale nie okazała się aż tak atrakcyjna. Wszędzie ograniczenia. Dlatego, ku zaskoczeniu Kobiet Domowych, już po półgodzinie byłem z powrotem.

Pierwsze wnioski? Trzeba się będzie przyzwyczaić. I z pomocą internetowych porad pokonywać bariery. Wiem już, co robić, by okulary nie parowały, maseczka nie opadała, organizm dawał radę wysiłkowi fizycznemu. Nie zdecydowałem jeszcze tylko, jaki model maseczki wybrać. A wiem już, że pojawił się nowy trend: moda maseczkowa. Tu liczę na kobiece sugestie, by wiedzieć, czy mam skorzystać z oferty Lagerfelda, Gucciego, czy może tylko Rossmanna.

Przyznam się Wam, że z odzyskanej wolności korzystam nadzwyczaj umiarkowanie. Na razie bezpieczniejsze jednak jest uprawianie kultury domowej. W jej ramach zaliczyłem właśnie wszystkie 3 sezony (każdy po 10 odcinków!) serialu Ozark na Netflixie. Znakomity! Akcja piętrzy się non stop, bohaterowie intrygują, przesłań życiowych – nie brakuje. Gorąco Wam polecam. Tak mnie ten Ozark wciągnął, że zapuściłem się muzycznie. Niemniej zdołałem więcej chwil poświęcić nowej płycie Artura Rojka Kundel. Były lider Myslovitz na szczęście nie osiadł na laurach i nie zszedł ze ścieżki rozwoju. W muzyce i tekstach. Tak trzymać!

Dariusz Łanocha

#diariuszDariuszazKFK

 

Social media
Szukaj...
Skip to content