Z diariusza Pana Dariusza: Horror Szumowskiej

Lojalnie Was od razu uprzedzam. Nie będzie dzisiaj miłych słów. Będzie jeden wielki jęk zawodu, olbrzymi żal z powodu półtorej godziny czasu bezpowrotnie utraconego, będzie zaduma nad tym, dlaczego niektórzy artyści ekranu aż tak bardzo potrafią, nazwę to dosadnie, bo inaczej się nie da – zepsuć swoje dzieła. Byście się nie niecierpliwili, od razu przystępuję do meritum, czyli do sedna, czyli do konkretu.

Kiedy się tylko dowiedziałem, że na Netflixie pojawić się ma najnowszy film Małgorzaty Szumowskiej Córka Boga (The other lamb) wiedziałem, że będę musiał się na niego rzucić, artystycznym głodem wyposzczony. Na Szumowską akurat rzucić się chciałem z wielu powodów. Bo dotychczasowe jej filmy mi się podobały, szczególnie 33 sceny z życia, Twarz. Bo uważam ją za reżyserkę z olbrzymim potencjałem. Bo przeczytałem biografię jej matki Doroty Terakowskiej pióra jej siostry Katarzyny T. Nowak, w której wiele o tej dziennikarskiej rodzinie jest, bo rodzinę tę jako tako znałem, bośmy przez wiele lat sąsiadami na Podwawelskim byli, a i zdarzyło mi się z mamą Szumowskiej w jednej redakcji Gazety Krakowskiej kilka dekad temu pracować. Wiele więc powodów było, by się karierze Małgorzaty Szumowskiej z sympatią przyglądać.

Tę sympatię, po obejrzeniu Córki Boga ograniczyć jednak muszę, czego powody już Wam wykładam. W swoich dotychczasowych filmach Szumowska zabierała nas najczęściej
w podroż przez świat ludzkiej psychologii, moralnych dylematów, religijnych wierzeń, skomplikowane problemy tych światów ujawniając, a nawet ironicznie wyśmiewając. W taki też świat zabrała nas w najnowszym filmie. Na ekranie obserwujemy życie sekty, składającej się z kilkunastu kobiet i jednego mężczyzny, zwanego Pasterzem (w tę rolę przekonująco wcielił się Michiel Huisman). Kobiety, kolorami strojów podzielone na matki i córki, bezwzględnie swojego Pasterza słuchają i za nim przez lasy, góry i doliny podążają. W jakim celu podążają i po co – z ekranu i scenariusza dowiedzieć się formalnie nie możemy, bo jasno powiedziane to nie zostało. Pozostaje nam domysł jedynie, że sekta zmierza do jakiegoś Edenu, gdzie osiądzie albo nie, gdzie przetrwa zachowując dziwaczne obyczaje albo nie. Wybaczcie, nic Wam więcej w tej sprawie objaśnić nie mogę, bo słów scenariusza nadzwyczaj w tym filmie mało, za to pięknych pejzaży dużo, lecz i one nie wyjaśniają, o co w tym filmie chodzi.

Tak pomyślana fabuła, w której jeden Pasterz ciągnie przez góry i lasy za sobą stadko kobiet – owieczek, bezwzględnie mu posłusznych – sami przyznajcie interesującą fabułą nie jest. Snuł mi się więc ten film przed oczami, a ja niecierpliwie przed ekranem tabletu czekałem, kiedy coś szczególnego się wydarzy, coś, co pociągnie akcję w jakimś kierunku przeze mnie niespodziewanym, coś, co sprawi, że talent Szumowskiej po raz kolejny docenię.

Tak czekałem, czekałem, czekałem. I wiecie co? Takie „coś” się nie wydarzyło, a film się skończył. Rozumiecie więc teraz powód mojego zdenerwowania, najdelikatniej stan mój nazywając.

A może ja się jednak nie znam na sztuce, pomyślałem. Może mój męski rozumek nie pojął kobiecych dylematów w tym filmie się pojawiających? Może metafor religijnych i kulturowych nie dostrzegłem? Przyznajcie, warto czasem przyznać się do swoich słabości. Postanowiłem sprawdzić stan umysłu własnego, poszperałem w Internecie, poczytałem recenzje. I co się okazało? Że nie jest ze mną jednak tak źle. Że inni krytycy i koneserzy filmowi – też na Córce Boga się zawiedli i niezbyt przesłanie filmu pojęli. Choć, owszem, byli i tacy, którym film się podobał, ale już nikomu tak bardzo, bardzo.

W niektórych zapowiedziach wyczytałem, że miał to być pierwszy amerykański horror Szumowskiej. I tu się wyjątkowo zgadzam. Bo straciłem półtorej godziny przy horrorze nudy dla widza.

Dariusz Łanocha

#diariuszDariuszazKFK

 

Social media
Szukaj...
Skip to content