Z diariusza Pana Dariusza: Żegnaj moja Trójko!

Nie mogę o tym nie napisać. Wiem, że prawie wszyscy o tym teraz piszą. Wspominają, doceniają, krytykują i chwalą. Także moje palce wręcz same rwą się do klawiatury, by bunt umysłu wykrzyczeć. No, nie mogę inaczej się zachować.

Domyślacie się, że ten diariusz o radiowej Trójce będzie. O medialno-kulturowym fenomenie, który prawie pół wieku temu wdarł się w moje życie. W moim konkretnym przypadku było to lato 1972 roku. Zdałem do VI klasy. I gdzieś na koloniach usłyszałem tę muzykę, ten głos, to radio. Speed king Deep Purple – to był ten utwór, Piotr Kaczkowski – to był ten głos, Trójka – to było to radio. Zakochałem się na pół wieku.

Wiecie, dlaczego myśmy się w takich zjawiskach, jak muzyka rockowa, jak inteligentny kabaret, jak dobra literatura, jak kolorowa moda zakochiwali? Bo niosły te wszystkie zjawiska jakiś powiew światowości. Dowiadywaliśmy się, że oprócz świata, w którym musimy żyć, czyli takiego, w którym było szaro, buro, ponuro, jest także inny. Kolorowy, wolny, swobodnie po angielsku, a nie po rosyjsku, mówiący. I ten wolny świat każdego młodego człowieka intrygował, inspirował, zachęcał do odwiedzenia. A myśmy paszportów w domu nie mieli. Ba, mało który z nas był kiedykolwiek za granicą, mając dwadzieścia i więcej lat. A jeżeli już, to wymarzoną zagranicą była dzisiejsza Słowacja czy Węgry. Londyn, Paryż, Nowy Jork – to były marzenia ściętej głowy, jak myśmy problem cały określali.

Ten wielki świat, choćby nawet namiastkę jego, zapewniała nam wówczas Trójka na UKF. Robiona przez młodych, zdolnych, inteligentnych, wobec komunistycznej władzy niepokornych ludzi. Jak Piotr Kaczkowski, Wojciech Mann, Marek Gaszyński, Witold Pograniczny czy wiele lat później – Marek Niedźwiecki. Przez stewardessy, przez rodziny na Zachodzie, przez własne talenty i znajomość angielskiego – wprowadzali nas w ten fascynujący, jakże inny, nowy świat. Mieli płyty, których myśmy nie mieli. Pracowali w programie, który nas, młodych – porwał za sobą. Czyli w Trójce. Nawet komunistyczna władza rozumiała nasze potrzeby i ich zanadto nie ograniczała. W niej, w poniedziałki, można było posłuchać godzinnej audycji kabaretowej Jacka Fedorowicza 60 minut na godzinę, w piątki podobnej IMA (Ilustrowany Magazyn Autorów), swojego Mini-Maxa z płytowymi nowościami grał Piotr Kaczkowski, swój jazz grał Jan Ptaszyn Wróblewski. Obecne pokolenie 50 plus mówi ich językiem, ich dowcipami, szlagwortami, których sami używacie, nie zdając często sobie sprawy, że wszystkie one z radiowej Trójki wzięte. „A momenty były?” No masz – to przecież z Trójki. I dziesiątki innych, szczególnie tych dotyczących np. fachowców. A byli?

Do ostatniego upadku Trójki przyczyniło się zamieszanie wokół jej najbardziej znanego programu – Listy Przebojów, prowadzonej przez Marka Niedźwieckiego od 1982 roku. To kawał historii, do której i ja dokładałem ongiś swój mały kamyczek. Dostrzegając fenomen popularności programu, redakcja „Dziennika Polskiego” zwróciła się do mnie z prośbą, bym dostarczał kolejne notowania sobotniej listy do poniedziałkowego wydania gazety. Ależ to był zaszczyt dla Waszego felietonisty! Ale też był to dlań spory problem. I wcale nie mała odpowiedzialność. Wiem, że to, o czym piszę dla młodzieży może być niezrozumiałe. Jaki problem, zapyta młodzież, to nie można było zajrzeć do wszechwiedzącego Internetu i w mig wyniki trójkowej listy poznać?

Więc wyjaśniam – nie można było. Bo Internetu, komputerów i telefonów komórkowych w tamtych czasach nie było. Była za to prosta, chałupnicza praca. W moim przypadku wyglądała ona tak: w sobotni wieczór, każdego tygodnia, musiałem od godziny 20:00 do 22:00 słuchać listy i notować tytuły dwudziestu piosenek. Przepisać je na maszynie, a kartkę z wynikami osobiście zawieźć do drukarni „Dziennika” na Aleję Pokoju, gdzie najczęściej czekał na nią red. Wacław Krupiński. W niedzielę, do godziny 16:00. Tydzień w tydzień, miesiąc w miesiąc. W latach 1982 – 1986 z tą kartką maszynopisu do „Dziennika” pedałowałem, by wyniki trójkowej Listy Przebojów mogły się znaleźć na drugiej stronie poniedziałkowego wydania gazety. I wierzcie mi, ludzie na to czekali, bo Lista aż taką popularność miała, a „Dziennik” sprzedawał się w ponad stutysięcznym nakładzie.

Zobowiązanie takie nie było bezproblemowe. W ramach innych obowiązków często musiałem w tamtych latach wyjeżdżać z Krakowa, w Polskę. Szczególnie w weekendy. Na takich wyjazdach, w sobotę, trzeba było znaleźć radio, spisać wyniki, zadzwonić do Krakowa, podyktować je mamie (która nie znała angielskiego), by je przepisała i zawiozła w niedzielę do redakcji „Dziennika”. Ech, działo się, szczególnie z tytułami utworów. Takie to były czasy i rodzinne poświęcenie, by wyniki Listy Przebojów Trójki do narodu trafiły.

Wiem, wiem. Czasy się zmieniły. Po kiego grzyba (z Trójki!) zajmować się więc jakimś programem radiowym, o małej dziś słuchalności, pisać o nim, przypominać, skoro wokół setki radiowych programów i tyleż różnych list przebojów. Skoro wszędzie wokół wolność słowa i wolność wyboru. Otóż nie, moi Drodzy. W proteście odeszli z Trójki najwięksi. Wojciech Mann, Piotr Kaczkowski, Jan Chojnacki, Artur Andrus, Piotr Metz i dziesiątki innych. Odchodzą dziennikarze, odchodzą najwierniejsi, jak ja, słuchacze.

Żegnaj więc Trójko. Reprezentujesz dziś obcy mi świat. Jeżeli już gdzieś i w ogóle, to spotkamy się w radiowym „Nowym Świecie”, w którym u Magdy Jethon, posłucham Manna, Kaczkowskiego, Niedźwieckiego, Kazika, Rosiaka, Sosnowskiego i wielu innych. Zawsze mądrych i wolnych.

Dariusz Łanocha

#diariuszDariuszazKFK

 

Social media
Szukaj...
Skip to content