Z diariusza Pana Dariusza: Dziady nie dziadzieją

Po filmowym, zapraszam Was dziś do mojego muzycznego stołu. Już podejrzewam, że młodzież – kosztującą najczęściej Zenka, Taylor Swift, Coldplaya i Podsiadłę – Google’a będzie wcisnąć musiała, by pojąć, jakie dania serwować będę. By dowiedzieć się, „czym to się je” i z jakiego jadłospisu pochodzi. Starsi znawcy stołu – już to wiem – przed tym stołem
z boskim uwielbieniem przyklękną, gdy wyczytają, jakie muzyczne dania dziś serwować będę.

O Bobie Dylanie i Neilu Youngu będę Wam dziś pisał. Wam ich na Wasze stoły klawiszem podawał będę. Tak się akurat zdarzyło, że dnia jednego, konkretnie 19 czerwca Roku Pańskiego obecnego, obaj ci panowie zaserwowali muzycznemu światu dwa swoje najnowsze dania. Bob Dylan przyniósł z kuchni danie nazwane Rough and rowdy days, do którego przystawkę dołożył Neil Young, a nazwał ją Homegrown.

Jak takich potraw nie skosztować, jak Wam ich smaku nie opisać? No, dać się nie da! Trza trzasknąć w klawiaturę, przebrać się za Makłowicza i czym prędzej pisać Wam, co też gwiazdorzy muzycznej kuchni nam ugotowali. A kucharzy tych wiele przecież łączy. Ameryka (choć Neil Young zawsze podkreśla swoją kanadyjskość), muzyczna tradycja, brak pokory wobec świata, indywidualność, muzyczna rozpoznawalność, zdobyte laury. No, i wiek ich łączy. Co tu przed młodzieżą ukrywać. No, stare dziady to są. I już! Dylan skończył 79 lat, a Neil Young 75 skończy. Czy takie stare dziady mogą coś jeszcze nowego zaproponować w świecie muzyki, która ongiś nazywała się młodzieżową? Sami przyznajcie, warto ten problem rozstrzygnąć ostatecznie, by kolejne pokolenia mniej wątpliwości miały, gdy do słuchania nowych dzieł Stonesów, Yesów, już o Purplach nie wspominając – się zabierają.

Zacznę od Boba Dylana, literacki noblista to przecie, więc od niego jak najbardziej zacząć mi wypada. Choć, niektórzy pamiętają, do Nagrody Nobla miał on stosunek taki, że prawie rok ją odbierał, za ważną jej nie uważając. Dylanowi zwyczajnie zwisa, co o nim piszą, co mówią, czym go nagradzają, gdyż wystarczy mu to, co on sam o sobie, o świecie, o ludziach,
o kulturze i polityce myśli. Już nie wspominając o milionowych gratyfikacjach z noblowskiej nagrody płynących. Jemu to też niepotrzebne. Dylan sam sobie wystarcza, sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem. Najważniejsze dlań to, co On światu swoją muzyczną sztuką chce przekazać.

Taka też nowa, pierwsza od ośmiu lat, płyta. Wydana w 2012 roku Tempest bardzo mi się podobała, przyciągając ucho gatunkową wszechstronnością. Była muzycznie żwawsza. Najnowsze dzieło to 10 utworów, znacznie spokojniejszych w muzycznej formie, za to wciąż intrygujących w słownej treści. Literackiego Nobla nie daje się przecież za muzykę. O czym więc noblista nas gitarą (country, blues, folk, rock) i piórem informuje? Że wiele w swojej ukochanej Ameryce przeżył, że wielu bohaterów świata losy i życiorysy poznał, że wielu przesłania zrozumiał i kolejnym pokoleniom poleca. Usłyszycie więc na tej płycie teksty, których bohaterami są często biografiami odległe postaci. Takie, jak prezydent John F. Kennedy, jak generał Mike Patton, jak aktorka Marlin Monroe, jak bluesman Jimmy Reed, jak „rockandrollman” Elvis Presley czy polityk Martin Luther King. Gdy dołożę Wam do tego Indianę Jonesa, Juliusza Cezara, Karola Marksa i śniącego Zygmunta Freuda – sami przyznacie, że tekstowo rzecz cała, poetyckim gatunkiem wyrażona – intrygującą być może. Nie tylko dla Ameryki, która królową kulturalnego świata chce być. A to, że za Trumpa się nią nie stanie – to już inna sprawa i ja w tym temacie niewiele więcej mam do napisania, skromność wrodzoną zachowując. Podsunąć tylko Wam mogę, że najnowszy album Dylana to bardzo osobiste rozliczenie się z własną pamięcią świata, który pozwolił mu dożyć tylu lat.
I jest to widzenie niepozbawione autoironii, humoru, dowcipu z podtekstem, dzięki którym po raz kolejny dociera do nas, że Bob Dylan absolutnym Gigantem muzycznym jest. I basta!

Uczył się od niego kunsztu muzycznego młodszy, bo 75-letni Neil Young, podobnie korzystający z gitary, harmonijki i słowa, w muzyką wyrażanym stosunku do świata. Nobla wprawdzie nie dostał, ale mnóstwo muzycznych nagród, w przeróżnych kategoriach i wielu honorów – to i owszem. Nie wspominając o dziesiątkach milionów sprzedanych płyt. Trzeba Youngowi przyznać, że w muzycznych poszukiwaniach docierał znacznie dalej niż Dylan, do grunge’u, rocka psychodelicznego, a nawet heavy metalu. Był gatunkowo wszechstronniejszy od starszego mentora. Lecz podobnie niezależny od mód, reguł, prestiżów w świecie muzycznym obecnych. Chętniej też Neil Young włączał się w projekty grupowe czy solowe innych wykonawców.

Najnowsza płyta to powrót do źródeł. Jak sam tytuł podpowiada, Homegrown to zestaw 12 piosenek, napisanych w latach 1974 – 1975. Czyli dawno. Musicie jednak wiedzieć, że to artysta nadzwyczaj płodny (to jego 40 płyta!), że w jego archiwach zachowało się wiele całkiem udanych piosenek. Takie też ujawnia nam sprzed lat, nigdy niepublikowane lub od nowa nagrane, poprzerabiane, zremasterowane. Fajnie się tego słucha, choć – ostrych rockowców uprzedzam – heavy metalu tu nie znajdziecie. Jak na starszego muzyka przystało, refleksji na jego nowej płycie jest więcej. Tym bardziej, że kawałki te napisał młody Young (zbieżność sytuacji nieprzypadkowa) tuż po rozstaniu z hollywoodzką aktorką, Carrie Snodgress.

Słucham tak sobie tych dwóch płyt, naprzemiennie, od dni kilku. I tak sobie do jednego, krótkiego – lecz dosadnego i optymistycznego – wniosku dochodzę. Muzyczne Dziady jednak nie dziadzieją. Formę trzymają. I dobrze im tak! A wiecie dlaczego im dobrze? Bo nam też dobrze.

Dariusz Łanocha

#diariuszDariuszazKFK

Ps. O razu Was uprzedzam. O jednym Starym Dziadzie będzie kolejny Diariusz.

 

Social media
Szukaj...
Skip to content