Z diariusza Pana Dariusza: Z głębi nijakości

Ależ ja się dla Was poświęcać muszę. Czy to piątek deszczowy, czy poniedziałek słońcem do rozpoczęcia tygodnia zachęcający, Wy przed kioskami „Ruchu” już czekacie, by nowy felieton Pana Dariusza poczytać.

Ech, żart to był tylko, żart niemniej dla wielu z Was niepojęty, że były ongiś takie czasy, że z rana samego, ze snu przerwanego, nawet w kapciach do pobliskiego kiosku się biegało, by świeże wieści ze świata poczytać. I felietony, i reportaże, i inne pisarskie gatunki. Biegało się po papierowe gazety, by mądrzejszym się stać i wiedzą własną w tzw. kulturalnym środowisku imponować. Wstyd przecie o wartościowych rzeczach nie wiedzieć, kulturowych zjawisk nie doceniać, ich przesłania nie rozumieć.

Dziś, sami wiecie, jak jest. Internety i inne komputerowe cudeńka, smartfony i Iphony – w sekundzie nam ten świat dostarczają. Nawet kapci wdziewać nie trzeba, tylko w łóżeczku własnym – kulturą i sztuką z internetu można się delektować.

Takoż i ja się w tym świecie znaleźć musiałem. I przyznam Wam, że całkiem nieźle mi w tym świecie jest. Świat to tańszy, bliższy, szybszy i kulturalną ofertę pozwalający obserwować i oceniać, z perspektywy domowych pieleszy.

Weźmy takiego Netflixa, fajny to pomysł, bym do kina biegać nie musiał, Covidem 19 od współobywateli się nie zarażał, dźwiękom ze zjadanych chipsów (których nie znoszę) się sprzeciwiał. Biorę tableta i nowości oglądam. A dla Was recenzuję.

I tak się w tym tygodniu zdarzyło. Kiedy się tylko dowiedziałem, że rodacy na Netflixie właśnie puścić w świat postanowili filmowy serial na podstawie powieści Harlana Cobena – ależ się uradowałem. Wstydu w tym tematycznym wyborze nie mam akurat żadnego, gdyż tak się składa, że zwyczajnie lubię kryminały i książki sensacyjne czytać (z wyjątkiem horrorów), a dziejące się w nich wydarzenia, zagadki, tajemnice – wciągają mnie niesłychanie. Wierzcie mi, nie raz i tak się zdarzało, że do pointy docierałem, o potrzebie snu zapominając.

Od lat Harlan Coben należy do grona moich ulubionych autorów, potrafi w tym gatunku wykreować akcje i bohaterów, charakterystycznych i wartych czytelniczego zainteresowania. Netflix wziął tym razem na warsztat jego książkę W głębi lasu. To i ja przyjąłem ją do czytelniczego warsztatu, takim zamierzeniem się kierując, by pierwej książkę przeczytać, a dopiero później film obejrzeć. Lektura pisana, sami przyznajcie, większą intelektualną fantazję w Was uruchamia, więcej różnych obrazów sobie w Waszych mózgach oglądacie, świat opisywany jest o wiele bardziej intrygujący i różnorodny – niż świat na żywo zobaczony. Ten drugi, znacznie brzydszym najczęściej się okazuje.

W głębi lasu Cobena najpierw więc przeczytałem. I choć książka mnie nie zawiodła, to jednak na pewno nie zachwyciła. Akcja momentami nudną się stawała, wątków i postaci pojawiało się zbyt wiele, często bez potrzeby, by książka cała, wciągającą się stała. Tak od pierwszej do ostatniej strony, tak by noc Czytelnika, a szczególnie tak wiernego Cobenowi, jak ja – nieprzespaną stać się musiała. Nic z tych rzeczy się nie wydarzyło. Ot, kolejny Coben, jak Remigiusz Mróz kolejny, który cudów już w tym gatunku nam nie napisze. No, chyba, że cud by się naprawdę zdarzył.

Wiem, wiem, wiem, spojlerować, jak młodzież dziś mówi – nawet recenzentom nie wypada,
a co dopiero funta kłaków wartym opiniom felietonistom. Nawet tych, przez Was, jak ja, Ukochanym. Nie spojleruję Wam więc niczego, piszę tylko, że i po tej filmowej interpretacji cudów nie oczekujcie, bo ich nie dostaniecie. Pierwotna akcja tajemnic amerykańskiego lasu, do polskiego została przeniesiona, gdzie nasi aktorzy, nasi bohaterowie, z jak najbardziej polskimi nazwiskami i społeczno-kulturowym otoczeniem, Was w akcję mają wciągnąć, tak byście oka i ucha oderwać nie mogli. Smutną wieść mam dla Was w tej sprawie. Skończy się 6 odcinek, ostatni, a Wy zawiedzeni reklamowymi obietnicami być możecie. Bo ja na pewno byłem.

Choć przyznaję, że twórcy polskiej adaptacji amerykańskiej książki starali się jak mogli. Bartosz Konopka i Leszek Dawid (reżyserzy) dobrali znakomitych aktorów (m.in. Grzegorz Damięcki, Adam Ferency, Arkadiusz Jakubik), dopasowali odpowiednie krajobrazy, wybrali świetne fragmenty muzyki związane z czasem akcji. Jednak coś tego filmu nie ciągnie aż tak, by w fotel lub łóżko z wrażenia się zapadać. Chcąc stworzyć mroczną atmosferę serialu, świadomie bądź nieświadomie, doprowadzili do nagromadzenia w nim tak wielu przydługich scen, w których aktorzy tylko patrzą na siebie, by oczekiwać od partnera wypowiedzenia jakiejkolwiek kwestii. A że (wyłączając hiciory epoki) towarzyszy temu, wyjątkowo zniechęcający podkład muzyczny, a że mnóstwo zbędnych wątków scenariuszowych do akcji wprowadzono, a że ciemność zbyt często opanowuje ekran – rzecz cała mocno nudnawą się staje. Szczerze napiszę – mocno nudnawą.

Wiem, że Harlan Coben podglądał realizację adaptacji i był z niej oficjalnie zadowolony, wiem, że Netflix serial ten ujawnił w 190 krajach świata, wiem, że polscy aktorzy grą swoją wstydu nam nie przynieśli. To wszystko wiem, rozumiem i doceniam. Ale wiem też, że wskutek wielu tych wysiłków i artystycznych ambicji rodaków – do stworzenia czegoś, co świat porwie, co inne produkcje Netflixa do nas sprowadzi – w tym akurat przypadku nie doszło.

Wiem też, że zachęceni promocją i patriotyzmem, mimo moich zastrzeżeń zajrzycie w głąb lasu. Cóż, tak to już jest, że każdy z Was może zaglądać tam, gdzie chce. I czyni to wyłącznie na własną odpowiedzialność.

Dariusz Łanocha

#diariuszDariuszazKFK

 

Social media
Szukaj...
Skip to content