Z diariusza Pana Dariusza: Zenek wyższych lotów

W stan szoku Was dziś wprowadzę. Będziecie zdziwieni, zaskoczeni, oburzeni, zbulwersowani, a momentami nawet zniesmaczeni, o czym też będę dzisiaj Wam prawił. Jakimż to tematem intelektualną przyjemność czytania i kulturowego świata poznawania Wam zakłócę?

O Zenku Wam napiszę. Tak, tak, o tym naszym polskim Zenku Martyniuku, naszej Rzeczpospolitej kulturowym bohaterze narodowym, który skalą powszechnej popularności swojej Chopina nawet pokonał, z Chopinem on się muzycznie zmierzyć nie obawiał, masową popularność zdobywając. Nijak ukryć się tego ani zaprzeczyć temu nie da – Zenek Martyniuk jest dziś pod strzechami polskich chałup muzycznym bohaterem znacznie popularniejszym niż Chopin. Umówmy się od razu. Nawet z tą opinią moją nie polemizujcie, bo i tak racji nie macie. Zenek od Chopina popularniejszy i częściej słuchany jest. I basta!

Przyznam szczerze, długo się tego kulturowego zetknięcia z twórczością Zenka i poważnej jej analizy – obawiałem. Wiecie przecie, że to nie moja kultura. Ta moja na ogół wyższych kulturowych poziomów sięga, nawet o muzykę poważną zahaczając (Mozart, Beethoven), nawet z poezją Herberta się spotkałem, a nawet przesłania filmowej trylogii Kieślowskiego zrozumiałem. No, czasem wstyd się przyznać, ale ta moja kultura wyższych jest lotów. Zmierzając się z kulturą Zenka lot ten jednak musiałem, sami przyznajcie, znacznie obniżyć, by wprost nie napisać – poniżyć własne kulturowe loty.

Tak się w kulturalnym rozpoznawaniu świata obniżając, zobaczyłem więc w końcu Zenka, film wyprodukowany przez TVP. Gdy Zenek wszedł w Netflixowy streaming, hitem stał się tam szybko absolutnym, przebijając popularnością tak przeze mnie „zjechane” 365 dni. Karierę Zenka Martyniuka przyjął na reżyserski warsztat Jan Hryniak, wykorzystując scenariusz bliskiej mu Marty Hryniak. Sięgnął on w opisie życiorysu discopolowej gwiazdy do czasów pradawnych, do dzieciństwa sięgnął, do związków z romską społecznością, jej kulturą i obyczajami. Ten scenariuszowy zabieg wymusił na reżyserze konieczność zatrudnienia w tytułowej roli dwóch aktorów: Jakuba Zająca (młody Zenek) i Krzysztofa Czeczota (stary). Skomentuję Wam po swojemu, że ten pierwszy, ten młodszy Zenek – uczciwiej na ekranie wypadł. Moje aktorskie od niego oczekiwania – lepiej od starszego Zenka zaspokoił. Aktor Zając zmierzył się z tematem i postacią naturalniej, ujawniając nam, skąd w tych młodych chłopakach, po wsiach i miasteczkach naszych polskich rozproszonych, bierze się miłość do muzyki. Bierze się ona – ta miłość i ta muzyka – z tego, co wokół najczęściej słychać. Przy czym pierwsze dziewczyny się podrywa i pierwsze pocałunki z nimi wykonuje, i walczy o nie uparcie. A wiadomo przecie, że dawniej, a także i dziś, służy takim muzycznym doznaniom i pierwszym erotycznym wrażeniom – najbliższa chałupom naszym kultura. Cygańska, góralska, kaszubska, wschodnia, no wiele tych kultur jest, sami przyznajcie. A kiedy do takiej kultury dołączyć można tę wredną kulturę zachodnią, która nasz kraj opanowała w postaci kaseciaków, sami zrozumiecie, jak skomplikowanych muzycznych wyborów nasz młody Zenek dokonywać musiał. Podrygiwał zakochany na cygańskiej potańcówce, by chwilę później włączyć Listę Przebojów Trójki i tamże usłyszeć, że jest taki Limahl, który śpiewa Neverending Story, że tamże królują Maanam, Perfect i inne Republiki, polskie i swojskie grające przeboje. Połączyć te ładne, zachodnie melodie z polskimi prostymi tekstami – to się objawiło Zenkowi, jako możliwość zrobienia kariery artystycznej. Czy do tego znajomość tzw. muzyki poważnej (Bach, Mozart, Beethoven), skomplikowanego ambitnego rocka spod znaku King Crimson, Pink Floyd, czy jazzu jest w ogóle potrzebna? No, przyznajcie sami, absolutnie ona potrzebna nie jest. Bo ludzie we wsiach i w miasteczkach polskich lubią proste, ładne melodie, z jasnym przesłaniem intelektualnym (ja Cię kocham, a Ty mnie nie, śniła mi się Sabrina, która zaprosiła mnie do kina) i po co narodowi naszemu wnikać z umysłowym zaangażowaniem w teksty Herberta, Miłosza czy nawet Grechuty, angażować ucho w rozpoznawanie, czym się różni jazz fusion od rocka progresywnego. No, na co komu taka wiedza?

Wystarczy przecież, by zadbać o odpowiedni strój, wystarczy wyobrazić sobie, że nawet pochodząc z polskiej wsi, można stać się samym Mickiem Jaggerem, gwiazdą światowego przecież formatu. A taki Jagger szczególnie dba o włosy, o figurę, o sławę i popularność. Porównań do wielkich The Rolling Stones jest w tym filmie znacznie więcej. Gdy karierę zaczynali, za ich koncert w Sali Kongresowej ówcześni organizatorzy, łamiąc przepisy, zapłacili morzem wódki. Naśladujący ich Zenek, też skrzynkami wódki zaczynał na swoje zarabiać. A że życie to, wbrew powszechnej opinii – usłane różami nie jest, nie było i nigdy nie będzie – rzecz to bezsporna. O czym losy rodziny Zenka, syna jego pierworodnego i żony jedynej, najdobitniej przekonują. Zapewniam, wolelibyście uniknąć takiego życia.

I o tym także jest ten film, przyzwoicie zrealizowany, o wielkim napieraniu maluczkich ze wsi i miasteczek do wielkiego świata. Do znalezienia się w nim nawet ze świadomością tego, że dla wielu całe to disco polo, to jakiś obciach jest, jakby to młodzież oceniła. Zenek, jako bohater tego świata, reprezentuje całkiem przyzwoity jego obrazek. Jest ambitny, pracowity, wymagający, moralne trzymający reguły. A to wystarczy przecież, by zyskać sławę, zarabiać na muzyce i nie zawsze musi być ona muzycznie wysokich lotów i nad literackie wznosić się wyżyny. Wystarczy, że fajnie się tego słucha, przy tym podskakuje i całuje.

Dlatego proszę, nie lekceważcie tego Zenka Martyniuka, tego zjawiska disco polo, tego tandetnego dla Was świata kultury, bo na to nie zasługują. Nie raz przekonaliście się przecież, że ci, co niby wysokich lotów kulturę nam oferowali, tak naprawdę nisko i szybko swoje loty zakończyli.

Dariusz Łanocha

 

Social media
Szukaj...
Skip to content