Z diariusza Pana Dariusza: Moja purpurowa miłość

Prywatę będę dziś uprawiał. Taką totalną prywatę. O nowym albumie Deep Purple, o tym, który wczoraj się na całym świecie ujawnił będę Wam pisał, recenzował go wnikliwie aż do dźwięku na tej płycie ostatniego. Whoosh– tak ta płyta się nazywa. Whoosh to jest coś, co było, przemknęło, zniknęło.

W moim akurat przypadku, dotyczącym Deep Purple, takie whoosh się nie zdarzy. Poznałem ich muzykę w 1971 roku i tak się w tych dźwiękach muzycznie zakochałem, że miłość ta trwa do dziś. To taki związek, który obustronnie nie zawodzi. Lata mijają, pół wieku nawet minęło, a ja ich muzyki nadal słucham, ponad poziomy jej wartość wszem i wobec wynoszę, kolejnych płyt oczekuję. W 1993 roku pierwszą polską biografię Deep Purple nawet napisałem, która na pniu się wyprzedała, w ilości takiej, o której wielu pisarzy, robiących dziś w papierze, nadal marzy. Wiele więc o Deep Purple wiem, wiele ich koncertów widziałem (18!), do dziś życie mojej muzycznej miłości bardzo mnie interesuje. Mógłbym Wam setkami stron wspomnień życie Deep Purple opisywać, tylko że takie czasy nastały, w których, by zjawiskiem kulturowym zaintrygować, trzeba Szanownej Młodzieży krótko powody mej muzycznej miłości streścić i wyjaśnić.

Co tu kryć. My, prawdziwi rockmani, starzejemy się. Liderzy Deep Purple skończyli w tym roku 75 lat! Już ostatnia ich płyta, wydana w 2017 roku In Finite tytułem swym sugerowała, że 20-ty studyjny album będzie ostatnim w historii legendarnej rockowej grupy. Płyta została jednak entuzjastycznie przyjęta przez recenzentów, a także przez słuchaczy, którzy szczelnie wypełniali sale koncertowe całego świata podczas pożegnalnego Long goodbay tour. I wszędzie starsi panowie słyszeli, czy to na pewno Wasza ostatnia płyta, czy nie chcecie jednak nagrać kolejnej, skoro miliony Waszych fanów na świecie czekają na kolejne dzieła Deep Purple?

W udzieleniu pozytywnej odpowiedzi bardzo muzykom pomógł Bob Ezrin. Jak oni, legendarny muzyczny producent, który stał się 6-tym członkiem zespołu. Jak nie wiecie, kim dla muzyki jest Bob Ezrin, to podpowiem Wam tylko, że to on wyprodukował ostatnie płyty Pink Floyd, w tym najsłynniejszą z nich The Wall, to on współtworzył sukcesy m.in. Roda Stewarta, Petera Gabriela, Kiss, Alice Coopera… ech, długo by wymieniać. Po przypadkowej rekomendacji, mistrz wziął w swe ręce legendarną markę Deep Purple i tchnął w nią nowe życie, czego trzy ostatnie płyty najlepszym dowodem. Świeże, twórcze, nowoczesne, melodyjne, wprowadzające do starego rocka nowe pomysły. I tak jest w każdym z aż 13 utworów, które znalazły się na tym albumie.

Taki właśnie jest Whoosh. Od pierwszego do ostatniego utworu, słuchamy na nim starych Purpli, ale jakże współcześnie brzmiących. To 13 kawałków muzyki z charakterystycznymi dialogami gitarowo-organowymi, ale jakże inaczej muzycznie brzmi każdy z nich. Pomysłami zebranymi przez półwiecze wrze ta płyta. What the what to szalona rockandrollowa jazda, jakby Chuck Berry lub Little Richard ją napisali, w energetycznym i ciężkim The long way round cofniemy się do klasycznego hard rocka lat 70., w przebojowych Nothing at all czy Step by step przekonamy się, że muzyka rockowa jest równie piękna i melodyjnie urzekająca, jak barokowa. Co potwierdzi Wam także pełen poezji i magii, wielowątkowy The power of the moon. Dzięki producenckim pomysłom Boba Ezrina nowa muzyka starych Purpli odmłodniała o pół wieku i tak atrakcyjną się stała, że nawet moja córka Alicja (lat 18, fanka Taylor Swift) przyznała, że te Taty Purple fajnie jednak grają, że to jej się podoba. Co mi już wcześniej obwieściła, gdy ją zabrałem na koncert Deep Purple w Tauron Arenie. Mojej Ali Deep Purple spodobało się tym bardziej, że ona, ekolożką i wegetarianką będąc, troszczy się o przyszłość planety naszej. A o tym tekstowo traktuje wiele tekstów na Whoosh, promocyjne teledyski i przesłanie, z którego wynika, że muzycy apelują do Ziemian i polityków, by nie lekceważyli globalnego ocieplenia, oczekiwań przyrody, zaspokajając własne ambicje. Wiele z tych tekstów napisał wokalista Ian Gillan. Przyznam, że obawiałem się jego głosu, że wiek Gillanowi odebrał wokalne możliwości. Nic z tego. Śpiewa jak za dawnych lat.

Riff gitarowy do Smoke on the water w wykonaniu Deep Purple wszedł na trwałe do historii muzyki. Te kilka sekund muzycznych brzmień, ten klimat, ten głos Iana Gillana – to wszystko sprawiło, że od tego utworu naukę gitarowego grania rozpoczyna większość młodych gitarzystów. Podobnie z wieloma innymi ich numerami, które stały się klasykami rocka. Na Purplach chowała się Metallica, Iron Maiden, Judas Priest, Nazareth, setki innych słynnych grup. Muzycy grający w DP współtworzyli wiele zespołów, w tym tak znane, jak Rainbow, Whitesnake czy Gillan.

Lat 52 minęło od powstania Deep Purple. Wiele w tym czasie w muzyce się zmieniało i zmienia. Wszędzie jednak słychać echa brzmień legendy Deep Purple, pionierów hard rocka, którzy do dziś go grają i koncertują. Mimo wieku, w którym wielu muzyków odchodzi na emeryturę, chce im się jeszcze nagrywać tak udane płyty jak Whoosh.

Bez słowa fałszywej skromności czy zawodu Wam się przyznam. Niezłą sobie tę moją muzyczną miłość pół wieku temu wybrałem. Mówią mi czasem, że to stara miłość i że ona, sami wiecie co.

Może i stara, ale nie rdzewieje.

Dariusz Łanocha

#diariuszDariuszazKFK

 

Social media
Szukaj...
Skip to content