Z diariusza Pana Dariusza: Metale w symfoniach

Ciężko Wam się będzie dziś czytało. Oj, ciężko. Do poczytania o poważnej, ciężkiej i metalowej Muzie Was zapraszam. Podejrzewając, że większość z Was po ostatnim opolskim Festiwalu, zapewne jeszcze jego lekkim duchem żyje. Duchem piosenki prostej, przebojowej, w ucho wpadającej. Bo tak w naszej rodzimej, muzycznej kulturze się zdarzyło, że jak już kilka dziesięcioleci temu usłyszał ktoś Marylę Rodowicz czy inne Kombi, to te proste jak budowa cepa w swej muzycznej konstrukcji hiciory utknęły w uszach większości rodaków. I nucą te Małgośki i inne byle jakie pociągi, do których się wsiada bez bagażu i biletu przez kolejne dziesięciolecia. Tak już ten nasz Naród wychowany muzycznie został.

Na szczęście – nie cały. Bo przecież nie wszyscy słuchają tych przeboików, hop-siupów, tych disco polo piosneczek i raperskich deklamacji, które szybko w ucho Wam wpadły. Ale jeszcze rychlej drugim uchem wypadły, gdyż tak marną ich wartość muzyczna była. Nie o takich zjawiskach będę więc Wam dziś prawił, tylko tych, które w uszy na dłużej wpadają i wartość muzyczną mają. Posłuchajcie ze mną muzyki poważnej, do której ja zaliczam dzieła Bacha, Mozarta, Chopina, utwory The Beatles, Led Zeppelin, songi Boba Dylana i Włodzimierza Wysockiego, jazzowe improwizacje Milesa Davisa i Johna Coltrane’a, nieśmiertelne przeboje Abby czy Boba Marleya. I wielu innych. Zdaniem jednym Wam całą rzecz  tłumacząc – muzyka poważna to jest ta, która wartość muzyczną ze sobą niesie, melodię posiada, teksty niebanalne przynosi, instrumentalno-kompozycyjny warsztat artysty potwierdza. I przez co najmniej kilka dziesięcioleci się o niej pamięta. Tak ja muzyki słucham, tak wszelkie utwory traktuję, takie pojmowanie muzyki Wam rekomenduję. Choć wiem, że bardzo osobiste podejście to jest. I najczęściej inne jest ono od Waszego świata muzyki pojmowania i jej słuchania. Cóż, takie moje, zbójeckie felietonisty prawo.

Z niego korzystając, zachęcam Was dzisiaj do skorzystania z muzycznych nośników (ech, jest ich już tyle, że wyliczyć trudno) i znalezienia w nich albumu Metallica S&M2, który triumfy właśnie święci na listach płytowych bestsellerów całego świata. Rockowa Metallica, która od ponad trzech dekad uchodzi za wzorzec z Sevres ciężkiego grania (choć to Black Sabbath ten nurt stworzyli), tym razem zdecydowała się swój dotychczasowy repertuar zagrać w towarzystwie San Francisco Symphony, pod batutą Edwina Outwatera, na hard-rocku wychowanego. Z pewnością sprzyjało to nowej inicjatywie Metalliki, której muzycy z wiekiem dojrzewają, wiedzą więc, że ich młodzieńcze kompozycje można piękniej światu zaserwować, wykorzystując do tego całkiem niemały potencjał symfonicznej orkiestry. W tej sprawie akurat ze mną umawiać się nie musicie –  wiemy, że taka orkiestra symfoniczna potęgi brzmienia każdej muzyce dodać może, ona jej poważność wzmocni swoimi bębnami, skrzypcami, kontrabasami, trąbkami, saksofonami i wieloma innymi instrumentalnymi urządzeniami. Bez tych instrumentów, ich ilości – muzyka rockowa, w skromnym składzie zagrana (gitara, bass, perkusja) jawi się słuchaczowi jako zjawisko muzycznie niepełne, niedowartościowane, zdecydowanie uszom słuchaczy mniej wrażeń dostarczające. A nam, melomanom, inna  muzyka, bardziej  poważna jest potrzebna, my jej jak kania dżdżu oczekujemy.

Metallica z orkiestrą symfoniczną nam takiej muzyki dostarczyła, choć nie pierwsze to tej kapeli spotkanie z orkiestrą było. Dwie dekady temu James Hetfield z kolegami wsparli swój metal symfonikami orkiestrowymi, nagrywając album S&M. Muzycznie niedopracowane to jednak wydawnictwo było, dwa światy (grupa rockowa, orkiestra symfoniczna) niezbyt się ze sobą wówczas kontaktowały i z nieufnością. Wiele w tym względzie zależało także od samych symfoników, którzy nie pojmowali jeszcze, jak znaczącym zjawiskiem w muzyce może być Metallica, jak wpływ wielki będzie ona miała w poważnej muzyce rockowej. Współcześni symfonicy z San Francisco te wątpliwości mają już za sobą, wystarczyły dwie dekady, by podobni im instrumentaliści nie wstydzili się z Metallicą zagrać, jej asystować i być z tego powodu dumnymi. Czasy w muzyce poważnej przyszły takie, że w orkiestrach symfonicznych grają skrzypce, kontrabasy, bębny i waltornie na muzyce Metalliki wychowane. I chwała im za to!

Potęga brzmienia, różnorodność, częste odwołania do klasyki muzyki poważnej, wzajemne zrozumienie pomiędzy orkiestrą a rockowymi muzykami, wszystko to sprawia, że muzyka z S&M2 przytłacza metalowym ciężarem, a jednocześnie naprawdę ładnymi melodiami. Smyczki na tej płycie powodują, że nawet młody słuchacz, po usłyszeniu tych wersji, powinien domagać się jak najwięcej smyków na nowych płytach Metalliki. Wiele w tym udziału miał z pewnością gitarzysta Kirk Hammett, wychowany na klasycznej muzyce. Z San Francisco Symphony Metallica zagrała swoje największe utwory (m.in. One, Enter Sandman, Nothing Else Matters), ale jakże inaczej one brzmią. Wsparcie orkiestry muzyce rockowej dodaje jednak powagi.

Jak śpiewa Bob Dylan, czasy się zmieniają. Muzyczna historia ostatniego półwiecza to potwierdza. Kiedy we wrześniu 1968 roku muzycy legendarnych Deep Purple po raz pierwszy zdecydowali się zagrać w Royal Albert Hall napisane przez Jona Lorda (klawiszowca DP, symfonika z wykształcenia) partytury – świat był w szoku. Jak można sprzeniewierzać muzyczne wartości i rangę orkiestry symfonicznej wspólnym koncertem z jakimiś długowłosymi szarpidrutami? – pytali recenzenci. Źle wróżyli. Sukces tamtego koncertu sprawił, że śladami Deep Purple podążyły inne grupy. Symfoniczne wersje swoich klasyków nagrali i nadal nagrywają największe gwiazdy muzyki popularnej.

Życzliwą mam dla Was radę. Chcąc posłuchać fajnej muzyki, możecie pójść własną ścieżką. Nie jesteście skazani na Opola i inne Sopoty. Znajdźcie nowoczesny muzyczny nośnik, uruchomcie album Metalliki z San Francisco Symphony, włóżcie dobre słuchawki, dajcie czadu, a rychło pojmiecie, czym jest naprawdę muzyka poważna.

Oj, jak będziecie mi dziękować. Bo Metallica Was nie zawiedzie

Dariusz Łanocha

Social media
Szukaj...
Skip to content