Z diariusza Pana Dariusza: Moje muzyczne zabawy

Bawić Was dzisiaj będę. Przy muzyce bawić, bo jak już zapewne z lektury moich diariuszy wiecie, spośród muz kulturalnych wielu, Pan Dariusz to przy muzyce bawi się najlepiej. Od lat najmłodszych muzyka wciąga mnie w zabawę najlepiej, wchłaniam muzykę każdą częścią ciała i umysłu, słucham jej gdzie się da, od muzyki opędzić się nie mogę. Uważam bowiem, że prawdziwie kulturalny człowiek spośród  Muz  wielu, muzykę właśnie szanować powinien nadzwyczaj szczególnie.

Takoż i w minionym tygodniu było. W sobotę, miłą niespodziankę sprawiła mi TVP Kultura premierowo prezentując film dokumentalny Jimi Hendrix. Hear my Train a Comin’, nieznanymi archiwaliami i ustnymi opiniami opisujący nam stanowczo za krótkie życie genialnego muzyka. Film wyemitowano z okazji 50. rocznicy śmierci artysty. Jeżeli nie wiecie, kim był Jimi Hendrix, jak rewolucyjnie potraktował gitarę, jak olbrzymi wpływ miał na całą rockową muzykę, to klękajcie przede mną ze wstydu, kajajcie się, proście o wybaczenie tej kulturowej niewiedzy, którą musi posiadać każda kulturalna istota ludzka. Nawet Sir Paul McCartney, słynny Beatles, który wypowiadał się w tym filmie, przyznał, po zobaczeniu w londyńskim klubie koncertu młodego Hendrixa, że to najbardziej odkrywczy instrumentalista tamtych lat i Beatlesi tylko mogą mu talentu zazdrościć i od niego się uczyć. Półtoragodzinny film wziął tytuł od jednej z piosenek Hendrixa, którą zagrał solo na gitarze akustycznej. Rzadkość to była w karierze tego geniusza gitary elektrycznej, który nawet zębami grać na niej potrafił. Wiele nieznanych faktów i fragmentów koncertów ze stanowczo za krótkiego życia Jimiego (zmarł w wieku lat 27) mi ten film dostarczył. I bardzo się z nich cieszyłem, gdyż także na jego kawałkach chowany muzycznie byłem. W latach 70. wieku ubiegłego pokój mój zdobił olbrzymi plakat Hendrixa namalowany specjalnie dla mnie przez utalentowanego przyjaciela. Światowa kariera Hendrixa trwała zaledwie kilka lat, ale brzmienie jego gitary i utwory towarzyszyć nam będą wielokrotnie dłużej.

Do zgoła odmiennej muzycznie zabawy zaprosiło mnie w niedzielę Krakowskie Forum Kultury. Popedałowałem na spotkanie z Muzyką Orientu, które na Plantach zaoferował nam Teatr Vis a Vis w ramach Koncertów Promenadowych. Teatr poznałem wcześniej, więc wiedziałem, że ten artystyczny ansambl stara się rodzimej kulturze przywrócić wszystko to, co artystycznie intrygujące i urzekające było w klasycznych „cafe theatre” z pierwszych dekad ubiegłego wieku. Sceny i sztuki tego typu zdominowały stolice kulturalnej Europy, w Paryżu, Wiedniu, Berlinie, Zurychu, a nawet naszej Warszawie. Publika bawiła się wtedy na małych scenkach radośniejszego rodzaju sztuką, jakże inną od ciężkich dramatów Szekspira czy Becketta.  Tak też było na Plantach, lekko, zwiewnie, tanecznie w rytm egzotycznych dla nas, arabsko-orientalnych pieśni i  tańców. Muzykę taką także lubię i szanuję, w domu mam płyt kilka, czemu dziwić się nie powinniście. Wszak imię moje – Dariusz – z Persji się wywodzi, królem tam jeden z nas był, co na wieki szanować Wam co najmniej wypada. Taki Orient pragnąc upamiętnić, reżyser Bartłomiej Piotrowski, zaprosił na scenę trzy utalentowane tancerki, które pieśnią, wierszem i tańcem brzucha oraz innymi atrybutami wschodniej kultury nam ją przybliżały. Tak udanie, że i ja podrygiwałem i podśpiewywałem, gdyż muzyka Orientu nadzwyczaj wciągającą jest.

Jak czytacie, w ramach codziennego umuzykalniania film już widziałem, na koncert popedałowałem, tylko jakiejś nowej, dobrej płyty – jeszcze nie posłuchałem. Słucham ich bardzo wielu, tylko w ostatnim czasie żadna szczególnie mnie nie porwała. A tu proszę, ktoś dzwoni, coś mówi, znienacka pytając, a słyszałeś już nowego Zalewskiego? Nie słyszałem, choć Krzysztofa Zalewskiego przed laty słuchałem i poznałem. Wiedziałem więc, że ten utalentowany chłopak (rocznik 1984) wygrał w 2002 roku Idola, że na cięższej muzyce się wychował i raczej rockowe ma do utworów podejście. Hendrixem oczywiście się zachwycał i innymi Niemenami, czemu w swej muzyce i tekstach często wyraz dawał. Tylko, że czasy się zmieniły, rock przestał był aż tak bardzo popularny, współczesna młodzież częściej wybiera dziś inne gatunki, takie, jak pop, rap, house, indie-rock, chillout, a nawet to nieszczęsne disco-polo. By zyskać sławę, sukces i pieniądze z tymi gatunkami lepiej się dziś wybierać w muzyczną podróż przez świat. Tak i Zalewski postępował w ostatnim pięcioleciu, szukając muzycznego miejsca. Co tu kryć – mimo niewątpliwego talentu błądził w tych poszukiwaniach, czego potwierdzeniem kolejne albumy, bardzo nierówne. Muzycznie niezdecydowane.

Najnowsza, zdaje się być tych poszukiwań udanym zwieńczeniem. A że zatytułował ją Zabawa, a ja, jak Wiecie, przy muzyce bawić się uwielbiam, czym prędzej przystąpiłem do poznawania, jak teraz bawić się z nami chce swoją muzyką dojrzalszy już Zalewski. Odpaliłem na kompakcie i całkiem dobrze się bawiłem. Słuchając jego Zabawy ucieszyłem się, że artysta nagle zaczął czuć bluesa. Nie w sensie dosłownym oczywiście, bo na tej płycie bluesa tyle, co kot napłakał. Roi się za to od   nowocześnie zaaranżowanych utworów, w których wielu różnorodnych gatunków echa słychać. Zalewski urzeka nas balladą w stylu Eltona Johna pt. Wszystko będzie dobrze, proponuje ostre rockowe riffy w Lustrach, rapuje w Oddechu, korzysta z elektroniki w Tylko nocą. Bawi nas wielogatunkowo i na ogół udanie. Gdy uzupełnimy ten muzyczny koktajl o niebanalne teksty, w których Zalewski wyraża swój stosunek do otaczającej go rzeczywistości – jego album zyskuje na wartości. Bo Zalewski pisze krytycznie, sarkastycznie, dowcipnie, celnie. „Życie to nie zabawa, tylko zawody” – zauważa w przebojowym, tytułowym utworze i ładnie poetycko tę opinię argumentuje. Wiele innych, udanych fragmentów jest na tej płycie. Tekstowo, aranżacyjnie, melodycznie. Jakby nowy duch wstąpił w twórczość Krzysztofa Zalewskiego. Ładnie to wszystko i spójnie brzmi. I jeżeli miałbym coś nowej muzyce Zalewskiego zarzucić, to tylko to, że wiele w niej z ducha muzyki super-popularnego Dawida Podsiadły. Ale co w tym złego, że dwaj rodzimi muzycy dobrze czują estradowego bluesa? Nic tylko chwalić, wspierać i słuchać takich artystów, bo najczęściej proponują nam dobrą muzyczną zabawę. A taką jest ZabawaKrzysztofa Zalewskiego.

Wybaczcie, ale po mojej tygodniowej muzycznej zabawie, żadną poważniejszą pointą o epokowym znaczeniu Was nie poczęstuję. Zachęcę Was tylko – bawcie się zawsze i wszędzie przy muzyce. Byle tylko dobra była.

Dariusz Łanocha

Social media
Szukaj...
Skip to content