Z diariusza Pana Dariusza: Przeprane skarpetki Grechuty

W czarowny świat pieśni i muzyki poetyckiej Was dziś zabieram. Przypomnę Wam nuty i słowa, przypomnę Wam melodie dobrze znane i przez Was uwielbiane. Choć, od razu uprzedzić muszę, że felieton dzisiejszy o tych szlagierach ponadczasowych mocno krytyczny będzie, no, ale inny w tej sytuacji być nie może.

Bo jaka to konkretnie sytuacja się zdarzyła? Już Wam opisuję. Do odtwarzacza mego trafiła właśnie płyta Anawa 2020 sygnowana nazwiskami artystów następujących: Wojciech Waglewski, Katarzyna Nosowska, Spięty, Krzysztof Zalewski, Kasa i Voo Voo. Gwiazdy rocka współczesnego przypomnieć światu postanowiły legendarny album Marka Grechuty i  jego zespołu Anawa, pierwotnie wydany w roku 1970. Pół wieku temu płyta ta absolutnie kultową była, przynosząc światu muzyki popularnej, jako big-bit wówczas określanej, zestaw przepięknych melodii i urokliwych tekstów, muzycznych innowacji, a głównym sprawcą tego muzycznego cudeńka był młody krakowski artysta i student architektury, Marek Grechuta.

Do artysty tego, od dzieciństwa mego wczesnego, stosunek mam wręcz nabożny, pieśni i płyt jego słucham, na koncerty, gdy je jeszcze grywał – chętnie chadzałem i je oklaskiwałem. Wypada Wam wyjawić tego mojego szczególnego dla Grechuty uwielbienia powód, a jest on nadzwyczaj prozaiczny. W latach 60. i  70. stulecia minionego byliśmy z Grechutą bliskimi sąsiadami. On mieszkał wraz z żoną w malutkim M3 na pierwszym piętrze w klatce H, a ja na trzecim piętrze w przestronniejszym M4, w klatce I. A wszystko to działo się w bloku przy Bałuckiego 7 na krakowskich starych Dębnikach. W balkonowych sytuacjach mogłem więc podziwiać artystę, o którym rodzice z pełnym przekonaniem mówili, że jest wielki i znany. Jakaż to dla mnie radość była olbrzymia, kiedy Artystę tak wielkiego mogłem podziwiać, kiedy swoje wyprane majtki i skarpetki na malutkim balkoniku przy Bałuckiego 7 osobiście wieszał. Ujrzeć Artystę wielkiego, skarpetki wyprane wieszającego, sami przyznajcie – bezcenne to kulturowo wspomnienie jest,  he, he, he.

Bo w tamtych latach Marek Grechuta takim był. Święcił triumfy na Festiwalu Piosenki Studenckiej, błysnął w Opolu, jego piosenki urzekały melodiami i niebanalnymi tekstami, w jakże prostych wersach przekazujących to, co ówczesnej młodzieży w sercach i duszach grało. Co najważniejsze, choć pół wieku minęło, przesłania i artyzm melodyczny takich piosenek, jak Będziesz moją Panią, czy Nie dokazuj, urzeka także obecną młodzież. I jej miłosne problemy.

Podejrzewam, że głównie tym się kierował Wojciech Waglewski porywając się na uwspółcześnienie ponadpokoleniowych przebojów Grechuty. Lider Voo Voo przyznaje w wywiadach z tej okazji, że w tamtych latach gniewny był, młody, nosił długie włosy i słuchał przesterowanych gitar Jimiego Hendrixa, a nie grzecznego, ulizanego (młodzieży tłumaczę: przeciwieństwo długowłosych hipisów) studencika z Krakowa. Po pół wieku Waglewski intelektualnie i muzycznie docenił twórczość Grechuty i się za nią zabrał, utalentowanych gości zapraszając. Jak ta konfrontacja współczesnej muzycznej „warszawki” z krakowską bohemą sprzed pół wieku wypadła? Prawdę najprawdziwszą napisać Wam muszę, jak na mnie przystało, niespecjalnie korzystnie dla „warszawki” ta muzyczna konfrontacja z „krakówkiem” wypadła. I obwieszczam Wam o tym, nie tylko dlatego, żem zawsze z „krakówka”. Także z merytorycznych jak najbardziej powodów Wam tę opinię o wersji Grechuty w wersji Waglewskiego opiszę. Waglewski mocno muzycznie przekombinował Grechutę. Konkretniej zaś, muzykę i melodie wykoncypowane przez kompozytora Jana Kantego Pawluśkiewicza, którego bardziej barokiem pachnące utwory, trudniej przerobić na rockowy groove. Straciły dla mnie w tym eksperymencie swój urok grechutowe Będziesz moją Panią, stracił Korowód, którym muzyczne eksperymenty Waglewskiego pierwotny muzyczny czar odebrały. Jeżeli już miałbym jakąkolwiek wisienkę na tym torcie Anawy 2020 wyłuskać, to byłoby to Nie dokazuj. Ze świetnym Krzysztofem Zalewskim, z udanym aranżem, który nie zmarnował wartości pierwowzoru. Muzyczna wycieczka Waglewskiego w przeszłość niespecjalnie mu się udała. Ale tak to już bywa w muzycznym światku, w którym wielu wciąż próbuje odgrzewać, podgrzewać, przegrzewać stare klasyki, które tego nie potrzebują, gdyż na tym tracą. Bo choćby i najlepszy  kucharz świata  (a takiego przecież nie ma!) do roboty się wziął, to starego schaboszczaka, Wam zapachem pamiętanego, w nowym świecie Wam nie upichci.

Tak i z Grechutą się stało w wersji Waglewskiego. Grechuta, owszem jest, ale to nie ten, nasz, krakowski Grechuta. Waglewski jest, owszem, ten dojrzalszy, warszawski Waglewski, ale gdzież mu tam talentem do krakowskiego Grechuty.

Nic Wam więcej w tej akurat sprawie poradzić nie potrafię. Posłuchajcie obu płyt, a własną prawdę znajdziecie. Może być i taka, że przeprane muzycznie przez Wojciecha Waglewskiego skarpetki Marka  Grechuty – świeżością Wam nie zapachniały.

Gdy będzie inaczej, piszcie na Berdyczów. A do mnie pretensji nie miejcie.

 

Dariusz Łanocha

Social media
Szukaj...
Skip to content