Z diariusza Pana Dariusza: Wciągający Kraków Ciećkiewicza

W świat ładnych słów i fraz Was dziś zabieram. Nie będzie to łatwe i proste dla mnie przewodnictwo. Cóż jednak zrobić, skoro życie nasze łatwe i przyjemne na ogół nie jest, przyjemności mniej dostarcza, lecz problemów więcej, życie to nasze czasem tak już denerwuje, że zgadzamy się z tymi, którzy twierdzą, że całe to nasze życie jest do niczego. A już szczególnie w czasie Covida 19.

A tu żyć trzeba, pisać trzeba, recenzować wypada, tym bardziej, że  twórcy piór na kołkach nie zawiesili, wielu z nich po chałupach siedzi i z nudów do pisarskiej roboty się zabiera. Wysypu pamiętników, blogów, postów jesteśmy więc świadkami, do ich lektury nas zachęcają, choć nie zawsze mamy na to ochotę, gdyż podobieństwem z nich okrutnym wieje. Nie muszę chyba skromnie tłumaczyć, że mój Diariusz na tym tle pozytywnym jest wyjątkiem, gdyż raz na tydzień lub dwa się ukazuje, a ja głupot staram się w nim nie wypisywać. Choć Wy oczywiście inne na ten temat zdanie mieć możecie. Takie już Wasze zbójeckie prawo jest. I basta!

Powracając zaś do meritum, czyli konkretu, dziś Wam pisać będę o głośnej już  książce Jakuba Ciećkiewicza Koniec świata na mojej ulicy. Jest ona tematem zażartych dysput nie tylko w Krakowie, lecz także w USA i Kanadzie (dziękujemy red. Przemysław Osuchowski i Jarosław Armatys!), podejrzewam, że w północnej Afryce, jakże bliskiej Autorowi, niebawem na pustyniach rozprawiać będą głośno o publikacji monsieur redaktor Ciećkiewicz. Wyjaśnić Wam muszę, kimże ów Jakub Ciećkiewicz jest, skoro na światowych kontynentach tak o nim rozprawiają. A nie jest on celebrytą. Otóż jest ten Ciećkiewicz renesansu człowiekiem jak najbardziej: polonistą z wykształcenia, byłym, wieloletnim reportażystą „Dziennika Polskiego”, jest fotografikiem, globtroterem, jest wykształconym animatorem kultury, horoskopowym wróżbą do dziś Wam życie przewidującym na łamach „Dziennika Polskiego”. A w latach ostatnich jest on nawet krakowskim taksówkarzem, jak najbardziej. Tak to ludzkie życie niekiedy kołem się toczy. Nawet dla wielkich ludzi pióra, niestety. A takim jest Ciećkiewicz Jakub niewątpliwie, co na kartach swej książki każdym słowem napisanym potwierdza. A pisze i wierszem, i prozą, i felietonem, i zdawkową konstatacją. Wszechstronny On nam jest.

A o czym ta jego książka jest? O dzieciństwie naszego Autora, na Olszy krakowskiej spędzonym, o wybitnym Dziadku doktorze i mniej wybitnych członkach rodziny, o wyczynach łobuzerskich z bratem zrobionych, o młodzieńczym seksie za pieniądze nawet ta książka jest. Wchłaniałem ją tym chętniej, że z Ciećkiewiczem, wiekowo, niewiele lat nas dzieli, choć dzielnice na pewno. Na przełomie lat 60. i 70. On na Olszy łobuzował, a ja na Dębnikach grzecznie dorastałem, ministrantując w parafii pod wezwaniem św. Stanisława Kostki, w której sam Karol Wojtyła mszę prymicyjną odprawiał. Choć na różnych dzielnicach, żeśmy się jednak Come taste the band – Deep Purple, wspólnie zachwycali.

Z tych czasów Ciećkiewicz Kraków nam opisuje, jako miasto wielu elit (a w takim domu młody Kubuś dorastał), którym często współistnieć i zaglądać się zdarza do świata półświatka, melin, prostytucji, komunistycznej szarzyzny i bylejakości. Bo nasz wspólnie ukochany Kraków takim miastem w tamtych latach był, czego i ja doświadczałem. A teraz poczytajcie mnie uważniej: ten szary Kraków Jakub Ciećkiewicz potrafi nam opisać bardzo kolorowym językiem. I w tym tkwi niebanalna wartość literacka poeto-reportero-prozy Końca świata na mojej ulicy, do której Autorowi i wiele fotek udało się wcisnąć. Dlatego tak chwalą ten Kraków Ciećkiewicza uznani poeci Adam Ziemianin i Józef Baran. Powinienem Wam wspomnieć, że Ciećkiewicz potrafi się odwdzięczyć. Gdy Maria Guzy przed trzema laty kręciła filmowy dokument wybitnemu poecie Baranowi poświęcony, do Ciećkiewicza się zwróciła o ocenę. Wywyższał w niej wartość poezji Józefa Barana, tkwiącej w wysokiej temperaturze, gorączce nawet, rozgrzanej słońcem i skrzącej światłem. Szalona wizyjność też w tych ocenach uznanie znalazła. Przyznajcie mi rację: tak kwiecisty język tych naszych poetów jest, że choćby za wymyślność porównań, metafor, odniesień, kolorów szanować ich powinniśmy. 

Z recenzorskiego obowiązku łyżkę dziegciu muszę do reportero-prozo-poezji Ciećkiewicza dodać. Rozedrgana pisarsko jest ona zanadto. Wątki tracą wątek, wspomnieniom z dzieciństwa i intrygującym historiom dodano tak wielu szczegółów, że tracą na reporterskiej wiarygodności. No, przyznajcie uczciwie, kto z Was takie szczególiki, jak kolor stroju czy rodzaj pogody z wczesnego dzieciństwa pamięta?  

Kudy tam jednak mojej życzliwej złośliwości do Jakuba Ciećkiewicza pisarskiej wybitności. Dlatego usilnie Was zachęcam i proszę, siadajcie do komputerów i za całkiem niewielkie pieniądze zamówcie sobie Koniec świata na mojej ulicy Jakuba Ciećkiewicza.

A Kraków Was wciągnie.

Dariusz Łanocha

Social media
Szukaj...
Skip to content