Z diariusza Pana Dariusza: Upadanie Korony

Z diariusza Pana Dariusza: Upadanie Korony

Już, już przymierzałem się do tego, by Wam profesjonalnie opisać najnowszą płytę AC/DC, Power Up, gdyż to fajowa porcja kolejnej muzycznej ekspresji i czadu, oczekiwanego przez miliony fanów na globie. I nagle dopadła mnie jakże nieśmiała konstatacja, że nie powinienem o tej płycie pisać. Przecież w symbolu AC/DC symbol pioruna się znajduje, o grupie tej miliony mówią AC piorun DC. A piorun także z błyskawicą skojarzony być może, a błyskawica sama, już rozumiecie. A fe, a fe! Odejdź zmaro! Diariusze Pana Dariusza grzeczne być powinny.

Zapomnijcie więc o błyskawicach. Wstąpcie grzecznie ze mną na królewskie salony, bliższe mi znaczniej, wszak urodzony jestem w Stołeczno-Królewskim Krakowie, gdzie o Królach i Królowych z szacunkiem się pisze, z prawie uwielbieniem się ich pamięta. Wiem, wiem, podejrzewać możecie, że o Królu z CANAL+ Wam napiszę, wedle scenariusza Szczepana Twardocha serialu nakręconego. Dziś zawiedzeni w tej sprawie będziecie, gdyż jeszcze nie widziałem. Rekompensatą tej mojej zawodności niech będzie, że ku  pokrzepieniu serc Waszych poświęciłem oko swoje innemu prawdziwemu królestwu. Brytyjskiemu jak najbardziej. Konkretyzując, sezon 4 serialu The Crown (Korona) na Netflixie zaliczyłem. Ci, którzy jeszcze nie wiedzą, o co chodzi, bluesa nie czają, niech się teraz ode mnie życzliwie dowiedzą, że The Crown filmowo i dramaturgicznie odzwierciedla losy królestwa brytyjskiego, od początków wieku XX. Każdym kadrem filmowym, każdą historycznie istniejącą postacią serial nam historię angielskiej rodziny królewskiej w miarę wiernie opowiada. A na tym tle, oglądamy wojny światowe, wydarzenia historyczne, konflikty polityczne, biznesowe rozgrywki, medialne potyczki. Pejzaże takoż, choć do najpiękniejszych one na świecie nie należą, choć samo Królestwo Brytyjskie najpiękniejszym i najważniejszym by być chciało.

A tu nic z tego, co serial w całej swej złośliwości ujawnia. Marka Great Britain wprawdzie brzmi dumnie, robić u ciemnoludów wrażenie może, gdy jednak dzięki The Crown ją bliżej poznacie, czar pryska. Szybciutko. Królewska rodzina, która w świecie ma świecić jako wzór praworządności, moralności, państwowości, religijności – tylko przebłysków w tej sprawie dostarcza. Serial w czterech sezonach ujawnia, jak blisko rodzinie królewskiej do rodzin absolutnie pospolitych. W Birmingham, Lwowie, New Hampshire, Ostravie, a nawet Pcimiu. Czyli jest to familia wewnętrznie skłócona, namiętnie się rozwodząca, nałogom ulegająca, władzy i społecznego zaufania nadużywająca, lud lekceważąca i międzynarodowe waśnie wywołująca. A to przecież tylko niektóre jej grzeszki, a i ciężkie grzechy się zdarzały.

Czwarty 10-odcinkowy sezon The Crown był spośród dotychczasowych prywatnie mi najbliższy, gdyż czasy te najlepiej pamiętam, a i świat podejrzewam też. To okres rządów Margaret Thatcher, sukcesów brytyjskiej muzyki rockowej, wreszcie czas wszechświatowej popularności księżnej Diany, która olbrzymie zamieszanie do zatęchłej rodziny Królowej Elżbiety II wprowadziła, akceptację świata przy tym zyskując. Trzeba autorom i aktorom serialu honory oddać w tej sprawie: znakomicie scenariuszowo i aktorsko tę dekadę Zjednoczonego Królestwa opisali, wierności historycznej zanadto nie zniekształcając. Nie zabrakło smakowitych fabularnie fragmentów, jak choćby odcinek Fagan, poświęcony bohaterowi o tym nazwisku. Ten zdesperowany życiem obywatel Zjednoczonego Królestwa (nieudane małżeństwo, bezrobocie) przebojową akcją zyskał sławę na całym świecie. Dwukrotnie udało mu się wedrzeć do komnat Pałacu Buckingham, obalić z gwinta wartą 6 funtów butelkę wina, by z obudzoną Królową w jej sypialni odbyć bardzo poważną rozmowę o sytuacji w kraju. Prawdę Ci powiem, bo na pewno Ci nie mówią – wypalił do Elżbiety II, i opowiedział jej o bezwzględnym i nieludzkim traktowaniu przez thatcheryzm, o niepotrzebnej wojnie na Falklandach, o licznych nadużyciach władzy i podejrzanej moralności familii królewskiej, która poddanym dobrego przykładu nie daje. A już na samym końcu bezrobotny Mr. Fagan wypomniał Królowej nawet i to, że wstyd mu za to, iż najbogatszej kobiety świata nie stać nawet na elektryczną szczoteczkę do zębów, której brak w jej prywatnej łazience dostrzegł. Ujrzeć takie pozaprotokolarne sceny na królewskim dworze – wartość bezcenna, co najmniej uśmiech powodująca. A jest takich scen w całym serialu wiele. Szczególnie w sekwencjach dotyczących małżeństwa księcia Karola i księżnej Diany, tak tragiczną jej śmiercią zakończonego.

Dlatego gorąco Wam ten serial polecam. Naprawdę warto poznawać historię nie tylko w książkowej, lecz także w filmowej wersji.

Oglądajcie dobre seriale, a przynajmniej Wam korona z głowy nie spadnie.

Dariusz Łanocha 

Social media
Szukaj...
Skip to content