Z diariusza Pana Dariusza: Święta z Sir Paulem

Z diariusza Pana Dariusza: Święta z Sir Paulem

Co tam u Was pod choinkami słychać? Zadowoleni jesteście z prezentów, które podczas  pandemiowych Wigilii pod choinkami znaleźliście? Kiedy piszę te słowa, środa jest, Wy już z prezentów rozpakowani, je czytacie. I tu Was zaskoczę. Ja też wiem, co wśród prezentów znalazłem, gdyż Św. Mikołaj, którym ja byłem – pod choinkę ten właśnie prezent mi podrzucił.

Znalazłem pod jodełką najnowszą płytę Sir Paula McCartneya – McCartney III. Kim jest Paul McCartney – dzisiaj wszyscy wiedzą. Niezależnie od tego, czy młodociane moje Córy to są, czy Dostojni Seniorzy z Chóru „Hejnał”, którzy inne pieśni wyśpiewują. Nawet tak różnorodne pokolenia muzykę legendarnego Beatlesa szanują, lubią, znają, o jego twórczości wiedzą, a o prywatnym życiu i zdobytym majątku nawet plotkują. W niczym to jednak utytułowanemu muzykowi, w życiu i pracy,  nie szkodzi, swoje poletko uprawia, mimo tego, że 78 wiosen już skończył i mógłby do końca swych dni polegać na leżance ze złota, brylantów i platyny wykonanej.

Nasz Sir Paul o takim życiu jednak nie marzy, on takiego życia nie poważa, on woli wziąć się z życiem za bary, i nawet tak groźnemu Covidowi rzekł nasz Beatles – spadaj wredny koronawirusie. Covid grzecznie posłuchał, dzięki czemu nasz Macca (bo tak o nim mówią) do roboty mógł się zabrać w nagraniowym studiu, we własnej chałupie (ha, ha, ha!) w Sussex urządzonym. Cudeńka tam różne technologiczne zgromadził, a że zdolny chłopak jest – muzyków innych nie zatrudnił. Sam nagrał partie perkusji, klawiszy, gitary, ukochanego basu i oczywiście sam wyśpiewał, co tam sobie sam napisał. No, naprawdę wszechstronnie uzdolniony on nam jest, ten brytyjski szlachcic, Sir Paul McCartney.  „Doskonale się bawiłem. Chodziło o to, by tworzyć muzykę dla siebie samego, a nie taką, która ma jakiś zadanie. Robiłem więc wszystko, na co miałem ochotę. Nie miałem pojęcia, że z tego pełnowymiarową płytę da się sklecić” – wyznał w jednym z wywiadów nasz Macca.

Sklecił całkiem niezły albumik. Dlaczego tylko niezły, a nie wybitny, świetny, the best album? Już Wam powody mej,  felietonisty i  krytyka – wstrzemięźliwości tłumaczę. McCartney III to zestaw bardzo różnych piosenek, powstałych w domowych pieleszach, nad którymi tylko ich twórca czuwał i tylko twórca je oceniał. Brakowało tym piosenkom jednak życzliwego pomocnika – producenta (w tej roli piąty Beatles czy George Martin świetnie się sprawdzał), brakuje też instrumentalnego rozmachu, zaprezentowanego choćby na ostatniej płycie McCartneya Egypt Station. To był naprawdę świetny muzycznie, producencko dopracowany album, album konceptualny, z tematycznym pomysłem i muzycznym rozmachem wielu instrumentalistów. To była wielka płyta.

Najnowsza bardzo nieśmiało się zaczyna, bardzo nieśmiało brzmi. No, bo jak inaczej skwitować pierwsze słowa jednego z najwybitniejszych muzycznych twórców dwóch wieków, który zaczyna album od pytania: Czy za mną tęsknisz? A pytanie to zapowiada surowa, klimatyczna gitarka klasyczna. No, pewnie Paul, że tęsknię, cóż za głupie pytanie stawiasz mi i wielusetmilionowej publice świata całego, której Ty idolem jesteś i muzycznym przewodnikiem. Powiedz mi tylko, co tam u Ciebie, Paul, słuchać teraz można. Album McCartney III ujawnia, że u naszego Mistrza posłuchać nadal można wszystkiego. I bardzo przyjemnie jego nowe kawałki w naszych uszach brzmią. Są muzycznie różnorodne. Słuchamy sobie prostego rock and rolla w Lavatory Lill, doświadczamy  rockowego czadu, o hard rock się ocierającego, w Lidin, chórków w soulowym Deep Deep Feeling, jazzowych klimatów z dęciakami w Deep Down, słuchamy wielu innych muzycznych pomysłów. Tak  jak na legendarnych albumach Beatlesów bywało. Nie byłoby przecież tego ponadpokoleniowego sukcesu tej rockowej orkiestry, gdyby tak wielu muzycznych tradycji w swojej twórczości nie łączyła, gdyby z możliwości wielu nagraniowych technik nie korzystała. A pamiętajcie, o latach 60. ubiegłego wieku piszę, w których o żadnych komputerowych cudeńkach mowy nie było, w których talent twórcy odgrywał największą rolę. Ech, żałować tylko możemy, że John Lennon z Paulem McCartneyem zaczynać dziś swych karier nie mogą. Ależ muzyczne cuda ten duet mógłby światu zaoferować.

Sir Paula czas się nie ima. On jakby jego nie dotyczył. Dwa lata temu, w grudniu to było, po raz drugi poszedłem na jego koncert w krakowskiej Tauron Arenie (pierwszy raz oglądałem Sir Paula w 2013 roku na Stadionie Narodowym w Warszawie, ależ to był koncert!). Starszą, szesnastoletnią wówczas,  córę za rękę wziąłem, do Taurona zaprowadziłem, by jej prawdziwy show rockowy pokazać, by się ona dowiedziała, że inna muzyka na świecie istnieje, że nie tylko Taylor Swift, Katy Perry, Ariana Grande i inne gwiazdki swoją muzykę światu proponują. I wiecie co? Cuda w naszym muzycznym domu dziać się zaczęły. Tak się Alicji koncert spodobał, że razem z młodszą Aleksandrą (14) Beatlesów one namiętnie słuchać zaczęły, Beatlesów one wszędzie słuchają, koleżankom i kolegom w szkołach polecają.

Tytuł McCartney III oczywiście tytułem zwodniczym jest, nieprawdę o muzycznym postbeatlesowskim czasie Macca – światu sugeruje. Bo prawda jest taka, że Sir Paul po opuszczeniu The Beatles kilkanaście płyt światu zaoferował, w ramach The Wings i innych muzycznych projektów. Na wszystkich potwierdzał muzyczną wielkość. Wszystkie one udane były.

Bo muzyka The Beatles wielką była, jest i będzie. Przekonują się o tym kolejne pokolenia, dzięki filmom fabularnym, spektaklom teatralnym, potwierdzają wielkość The Beatles kolejne pokolenia muzyków. Nie zastanawiajcie się więc nad tym, czego w nadchodzące świąteczne dni słuchać. Kupcie, znajdźcie w sieci, pożyczcie, cokolwiek w tej sprawie zróbcie, byle posłuchać najnowszej muzyki Sir Paula McCartneya.

Pamiętajcie, brytyjska Królowa byle kogo szlacheckimi tytułami nie obdarza.

Dariusz Łanocha

Social media
Szukaj...
Skip to content