Z diariusza Pana Dariusza: Nie lecę na Marsa!

Zapomnijcie dziś o polach ze zbożem rozmaitem, malowanych pszenicą i żytem. Rzućcie w kąt  domowe obowiązki i korpo-prikazy, olejcie problemowe kredyty frankowe i Covidy wszechobecne. W bardzo daleką podróż Was zabieram. Tak długą, tak daleką, tak kosztowną i tak bezsensowną, że sprawy sobie z tego nie zdajecie. Jeszcze w takiej podróży nie uczestniczyliście, i – co długo pisać – uczestniczyć nie będziecie. Na bank nawet pewien jestem tego i każde pieniądze w tej sprawie na  zakłady przyjmuję.

Nie wiem, czy już wiecie, czy już się domyśliliście, czy jeszcze Wam o tym nie pisałem, więc nieświadomi faktu pewnego jesteście, ale ja bardzo, a bardzo, bardzo nawet – kosmosem od lat wielu się interesuję. To jedna z tych moich młodzieńczych przypadłości, która do wczesnej starości się utrzymała, podobnie jak miłość do gitary Jimiego Hendrixa. W związku z tą pasją namolną, czytam, śledzę, oglądam na Youtubie krótsze i dłuższe filmiki Wszechświata dotyczące. Ten świat jest mi znacznie bliższy, mniej stresujący, naukowo ciekawszy i pociągający. Prawie tak bardzo jak młoda Doda. Kosmos mnie niezwyczajnie wciąga, więcej Wam napiszę – wchłania mnie ten Kosmos w czarną dziurę swoją, i dobrze, i bezpiecznie w tej czarnej dziurze się czuję. Choć śmieszy mnie ten Kosmos jednocześnie.

Już Wam piszę najnowsze wieści, co tam w Kosmosie słychać. Ba, obwieszczę Wam przed innymi felietonistami, jaka przyszłość Was czeka, jak ona będzie wyglądała. Człowiek, otóż, czyli Wy, i ja też się podłączę, będziemy niebawem zjawiskiem międzyplanetarnym. To stanie się już, już. I tuż, tuż też – to nastąpi. Konkretniej perspektywę opisując, to będzie za 365 tysięcy lat (mogę się pomylić o 128 tysięcy), kiedy to nastąpi. Sami przyznacie, sprawa intrygująca jest i do życia zachęcająca niezwyczajnie, życiu temu naszemu smutnemu stwarzająca jakieś realne perspektywy, jakiś sens temu naszemu życiu nadająca. Radośniej nam się wszystkim żyło będzie, a o to przecież w życiu chodzi. I rozchodzi.

Jaka sprawa? O całą ludzkość chodzi. Co z ludzkością się stanie? Wyszperałem Gościa, który wie. Prof. Michio Kaku. Wiecie, kim jest Kopernik, Mickiewicz, Curie-Skłodowska, Miłosz, nawet kim jest Trump i Pan Prezes – już wiecie. Ale kim jest Pan Michio Kaku, zakładam się, że nie wiecie. Michio Kaku jest wybitnym astrofizykiem, klasy światowej i wszechświatowej absolutnie (zamerykanizowany  Japończyk, celebryta mediów, futurolog), który z Elonem Muskiem (tu już powinniście wiedzieć, kto zacz) historię i perspektywy ludzkości nam rozpracował i zaplanował. Wespół w zespół, doszli ci  panowie do wniosku, że człowiek będzie niebawem gatunkiem międzyplanetarnym, będzie się ten człowiek przemieszczał pomiędzy galaktykami, problemów unikając, skarpetki piorąc i kredyty spłacając bezproblemowo. Choćby nawet 450 tysięcy lat świetlnych nas od tego szczęścia wiecznego dzieliło. By w tym temacie uszczęśliwić nas jak najbardziej, wystarczy tylko doprowadzić do kolonizacji Marsa, gdzie ludzkość bezproblemowo będzie się samoreplikować, z robotów wsparciem. Samoreplikacja polega na tym, że komputerowe czipy wszczepią w nasze prymitywne, sami to przyznajmy, ludzkie mózgi. I tak powstanie nowa ludzkość.

Gdy to przeczytałem, od razu pokory nabrałem – mój mózg faktycznie wymaga natychmiastowej międzyplanetarnej naprawy.  On – do samoreplikujących się ludzkich postaci na Ziemi ani w Kosmosie – absolutnie nie przystaje.

Niemniej, ten mój móżdżek już do swego zasobu informacji przyjął fakty takie. A prof. Michio Kaku je obwieścił: Planeta Ziemia pięć okresów przeżyła, jesteśmy na szóstym – wymierania, czemu sprzyjają zmiany klimatyczne. Nie ma innej rady, niż ta, którą Elon Musk poleca i pseudonaukowo rekomenduje. Musimy czym prędzej z Ziemi się wyprowadzać, miejsc żytem i żywicą pachnących gdzie indziej w Kosmosie sobie szukać. Tak się stanie, kiedy Marsa w końcu skolonizujemy, tam się osiedlimy, tam swoje pasje realizować będziemy. Czyż Wam i znajomym Waszym, nie zaimponowałaby rozmówka taka, na Tik-Toku lub Twitterze  przeprowadzona: A gdzie jesteś? – No, na Marsie przecie jestem. Wpadnij jutro. Kawkę wypijemy, może i łyskacza połkniemy…

Żarty to z mojej strony absolutnie nie są. Michio Kaku i Elon Musk chcą jak najrychlej wysłać na Marsa co najmniej milion kolonistów, którzy uruchomią tam armię samoreplikujących się robotów. Musk chce stworzyć z ludzkości dwuplanetowy gatunek cywilizacyjny, który rządzić będzie Wszechświatem. Dotrzeć tam ma milion kolonistów, na początek – rakietami z Ziemi wysłanymi. Gdy to przeczytałem, od razu się zachwyciłem. Proste to nie będzie, o czym Elon Musk, oczywiście, wie. I prof. Kaku też. Konieczna jest pilna ustawa o ogólnoludzkiej wyprawie kolonizacyjnej na Marsa, ona tania nie będzie, o czym Elon Musk lojalnie uprzedza, ale przecież – zapowiada jednocześnie – życie na Marsie piękniejsze i wolniejsze od Covida być może. „Cały gatunek ludzki – na Marsie znajdzie szczęście prawdziwe” – zachęcają w naukowych periodykach Michio Kaku i Elon Musk. Zachęcony, jakże wiele na ten temat poczytałem, potwierdzając wątpliwości, o których wcześniej wiedziałem. Że na Marsa leci się w jedną stronę 9 miesięcy, że organizm ludzki siądzie w połowie wycieczki, że gwarancji powrotu nie ma, że na Marsie fejsa ani Twittera jeszcze nie ma, że temperatury tam nieludzkie, że wiele innych, jakże ludzkich problemów na Marsie, po jego skolonizowaniu – pojawić się może. Już nie wspominając o tym, że ani Deep Purple, ani Madonna, przeze mnie uwielbiana – koncertów na Marsie zaplanowanych w najbliższych dziesiątkach lat nie mają.

Dlatego, z pełną świadomością słów moich, w tym Diariuszu napisanych, Wam obwieszczam. Na Marsa się nie wybieram. Kolonistą, owszem, byłem. I to wielokrotnym. Opanowywałem ongiś  kolonie w Białce Tatrzańskiej, w Bukowinie, w Szczawnicy, w Krynicy Morskiej nawet się zdarzało.

Było to jednak ponad 50 lat temu, a nie za 124 tysiące lat. Wybaczcie, planet innych nie będę kolonizował. Czego i Wam nie polecam.

Choć marzyć możecie.

 

Dariusz Łanocha

Social media
Szukaj...
Skip to content