Z diariusza Pana Dariusza: Moje płockie deja vu

Z diariusza Pana Dariusza: Moje płockie deja vu

W odległą podróż w przeszłość dziś Was zabrać powinienem. Nie jest to jednak podróż, w którą z przyjemnością się udaję, wprost napiszę – cofam się w życiu niechętnie, niemniej takie czasy nastały, że okoliczności przyrody tę podróż wymusiły.

Od kilku dni bacznie śledzę w medialnych komunikatorach walkę miasta Płock z powodzią. Dramatyczne sceny tam się rozgrywają, ludzkie taśmociągi złożone z  tysięcy obywateli, strażaków i żołnierzy całymi nocami worki z piaskiem przerzucają, byle tylko wały przeciwpowodziowe wzmocnić i miasto przed Wisłą ocalić. Słusznie macie prawo zapytać, gdzie Rzym, gdzie Krym, jakie tajemne siły i dlaczego Pana Dariusza, rodowitego krakusa przecież, do Płocka pchają, co on z Płockiem ma wspólnego, oprócz miłości do Wisły Kraków, a nielubienia Wisły Płock.

Na takie pytania już Wam odpowiadam, do odległej historii i czasów innej Polski sięgając. W bardzo podobnym czasie, 39 lat wstecz, Płock podobna powódź zalała zmrożoną wodą. Początek 1982 roku  był  okresem  w najnowszej  historii Polski szczególnym, była to Polska żyjąca od miesiąca wedle reguł stanu wojennego. Przemieszczać się z miasta do miasta nie było wolno, graniczne wojskowe stójki pomiędzy województwami stały, a rozmowy telefoniczne były też kontrolowane. Młodzież informuję – telefonów komórkowych ani Internetu nie było nigdzie na świecie, były też kartki żywnościowe na artykuły spożywcze. Mimo ograniczeń, zachęcony przez ówczesną władzę, naród rzucił się do pomocy, by mieszkańcom Płocka dostarczać artykuły niezbędne do przeżycia. W postaci śpiworów, konserw, odzieży itp. Akcję pomocy dla Płocka tak upowszechniono, że w wielu miastach uruchomiono specjalne punkty zbioru darów dla płocczan.

I ja się do tej pomocy rzuciłem, współorganizując taki punkt w siedzibie Rady Okręgowej SZSP, czyli ówczesnej organizacji studenckiej. A że już reporterka mnie kusiła, wykorzystałem tę niepowtarzalną okazję do udania się w wolontariacką podróż do Płocka, by opisać mieszkańcom Małopolski, co tam się dzieje i jak ich pomoc jest rozdzielana. Streszczając tę moją kilkudniową wyprawę w ciężarówce z kierowcą (a spało się w tej ciężarówce, przekraczając międzypolskie granice), trafiliśmy do Płocka, gdzie powodziowa sytuacja była nadzwyczaj dramatyczna. W zimnie i lodzie, ludzie tam się radowali na widok każdej nadjeżdżającej ciężarówki z pomocą. Bulwersujące było tylko to, że wiele z tego, co Polska cała darmowo płocczanom ofiarowała, lokalne władze za kasę sprzedawały ofiarom powodzi. Wiele innych niepokojących zjawisk w tych dramatycznych dla Płocka dniach zauważyłem.

Nieładne, niemoralne – to było komunistycznej władzy zachowanie. O czym rychło po powrocie chciałem poinformować czytelników Pejzażu Polskiego, czyli dodatku reporterskiego do „Dziennika Polskiego”, co środę dodawanego. Redakcja tekst zaakceptowała, dostrzegając w nim czytelniczy potencjał, o tym co naprawdę się w Płocku dzieje i jak dary Małopolan są dystrybuowane, bo skandaliczna sprzedaż darów takim zjawiskiem była. I wtedy do akcji wkroczyła cenzura, z Placu Kleparskiego, która tekst zdjęła, gdyż był dla władzy nieprzyjemny co najmniej. Nie poddałem się. Korzystając z rożnych, pozareporterskich możliwości, doprowadziłem do tego, że sprawą darmowych darów za kasę sprzedawanych – zainteresował się ówczesny generał Wojciech Jaruzelski. Zareagował natychmiastowo. W rządowe doły poszły decyzje, by darów jednak nie sprzedawać. I tak się stało. Mojego reportażu jednak nie opublikowano.

Może już teraz rozumiecie, dlaczego ja Wam tak smutne czasy przypominam. Wklepuję te słowa w dniu, w którym zamarł częściowo Internet, portale nie poinformowały mnie nawet, czy Iga Świątek wygrała, czy nie, nie wiem też, czy w Płocku sytuacja powodziowa została opanowana. Wiem za to, że wolne media są nam, obywatelom potrzebne. W każdym czasie i naprawdę demokratycznym systemie ustrojowym.

Podejrzewam, że i Wy prawdziwych wieści ze świata oczekujecie, że chcecie o faktach wiedzieć. Że w dobie Internetu, komórek, fejsbuków, Twittera, Tik Toka i Bóg wie czego jeszcze, ktoś Wam prawdziwą prawdę o życiu opowie. I po to są wolne, niezależne od każdej władzy media i mądrzy dziennikarze.

Bo jak tak się nie stanie będziemy oglądać tylko czarne ekrany. A z nich niewiele się dowiecie. W moim Płocku tak się zdarzyło.

Dariusz Łanocha

 

Social media
Szukaj...
Skip to content