Z diariusza Pana Dariusza: Rajtuzy Ritchiego Blackmore’a

Czy mężczyzna w rajtuzy odzian facetem jest? Tak się zadumałem, po Międzynarodowym Dniu Kobiet. Po prezentach i hołdach wszelkim kobietom złożonych, po obejrzeniu jakże licznych protestów ulicznych, po próbie spojrzenia na świat z kobiecej perspektywy, dotarły do mnie wieści, że dziś, tj. w piątek 12 marca roku 2021 ukazuje się najnowsza płyta grupy Blackmore’s Night, nazwana Nature’s Light. Wcześniej od Was poznałem tę płytę.

Wniosek może być tylko jeden. O tym napisać muszę. Dlaczego ja akurat? Ano  dlatego, że ostatnio w życiu moim, rodzinnym i zawodowym, tak się złożyło, że ja zewsząd kobietami otoczony jestem.

Tak się też zdarzyło w życiu Ritchiego Blackmore’a. Legendarny gitarzysta rockowy, twórca riffu do Smoke on the Water, od którego naukę grę na gitarze rozpoczynają prawie wszyscy gitarzyści świata, na przełomie wieków radykalnie zmienił swój sceniczno-muzyczny image. Niemal z dnia na dzień porzucił dotychczasowe rockowe  i kompozytorskie życie. W nim  rozbijał gitary, przyczyniał się do pożarów (pamiętny California Jam dla 250 tysięcy widzów w 1974 roku), łączył się podczas spirytystycznych seansów z sobie tylko widzianymi duchami, wiele innych ekstrawaganckich rzeczy nasz Ritchie Blackmore wyczyniał, ku radości wiernych sobie fanów, z Deep Purple i autorskiego Rainbow.

Aż tu nagle, niesforny Ritchie zmienił się nie do poznania. Muzykę rockową w kąt rzucił i w innej muzyce karierę robić postanowił. A jakaż to muzyka? Ano, wieki wstecz swoimi tradycjami i melodiami sięgająca. Do wieków XV i XVI.

A stało się to dzięki czwartej małżonce naszego bohatera. Jestem pewien i o każde pieniądze się zakładam, że to ostatnia żona Ritchiego Blackmore’a wpływ na to olbrzymi miała. Urokliwa i artystycznie uzdolniona blondynka Candice Night tak zawładnęła życiem muzycznym i osobistym wybitnego gitarzysty rockowego (stało się to podczas jednego z meczów futbolowych, a Ritchie w piłkę grać lubi), że on o dotychczasowym życiu muzycznym zapomniał. Niczym kameleon, zamienił swoje życie. I muzykę rockową dostroił do czasów baroku i renesansu. Muzykę urzekającą, delikatną, ładną, lecz jakże dla wiernych fanów gitarowego talentu Ritchiego odmienną.

Dlaczego tak się stało? Pochwalić się mogę (czasem wypada się chwalić, a co?), że w 2002 roku mogłem o to osobiście zapytać Ritchiego Blackmore’a. Z moim przyjacielem, red. Jerzym Skarżyńskim z Radia Kraków, spotkaliśmy się na dłuższej rozmowie w Chłopskim Jadle. I rychło przekonaliśmy się, jak znacząca jest rola kobiet w życiu rockowego muzyka, jak one jego sercem, muzyką i finansami zawładnęły. Menedżerka – w osobie teściowej – oznajmiła: zero pytań o rockową przeszłość Ritchiego, o Deep Purple i Rainbow, o muzykę z czasów renesansu mamy pytać, nią i talentem Candice Night mamy się zachwycać.

To akurat żadnego kłopotu nie stwarzało, gdyż towarzysząca małżonkowi Candice Night okazała się nadzwyczaj inteligentną, muzycznie kompetentną rozmówczynią. Choć od wielkiego Ritchiego ponad 2 dekady młodsza, wiedziała, co w muzycznej trawie piszczy, co ważne – także geniusz kompozytorski męża rozpoznała świetnie. Bardzo ładne, mądre było to nasze godzinne spotkanie, a po nim wspaniały koncert w cudownych wnętrzach sali Kopalni Soli w Wieliczce. Ritchie Blackmore grał na nim odziany w staroświecki kontusz, w rajtuzach, w kapelusz strojny, a było i tak, że rockową gitarę zastąpiła bałałajka.

Jak nam Ritchie ujawnił, muzycznie zawsze mu było blisko do czasów renesansu, tak zrodził się pomysł na to, by muzykę dawnych wieków przypominać, by do dawnych instrumentów i kompozycji sięgnąć, własnymi pomysłami kompozytorskimi je odświeżając. Taka też była pierwsza płyta tandemu Blackmore’s Night, takie są kolejne. Leży przede mną najnowsza, w czasie pandemii stworzona. Album Nature’s Light to kilkanaście kilkuminutowych piosenek, których źródła płyną z czasów minionych, gdzieś pomiędzy XV a XVI wiekiem. Do każdej z wówczas powstałych kompozycji  Blackmore dodał własny pomysł. Bo Ritchie zawsze z muzyką twórczo kombinował. W koncertowe wykonania utworów Deep Purple wkładał jazzowe i bluesowe klasyki, w repertuar Blackmore’s Night udanie nadzwyczaj włączył starodawne kolędy. Tak brzmi najnowsza płyta. Ritchie daje gitarę i zapomniane pieśni, a Candice urokliwy, bardzo kobiecy głos. Słyszymy go choćby w przeniesionej do XXI wieku piosence A Little Town of Betlehem czy Once Upon a December, podziwiamy w Feather in the Wind, w którym mandolina gra rolę główną.

Zapewniam Was, że niezależnie od pokolenia, fajnie się tej muzyki słucha, gdyż melodie powinny urzekać każde ucho.

Wiem, że chwaląc obecny muzyczny wizerunek Ritchiego Blackmore’a, narażam się na wieczne potępienie wśród wyznawców rocka mocnego, wiem, że przez wielu z nich Candice Night uchodzi za tę, która odebrała światu rockmana z krwi i kości. Powinien on szaleć po scenach, rozbijać i podpalać gitary. Rozumiem Was. Ale też Wy, głodni szaleństw młodzieńcy, powinniście pojąć, że Ritchie Blackmore lada dzień skończy 76 lat, więc zachowywać się jak jakiś młody rockman już nie musi, że mu to nie przystoi, że o wiele ważniejsze dla niego, jako muzyka, jest nauczanie i przypominanie muzycznych tradycji, ładnych piosenek, wartościowych kompozycji, a nie upowszechnianie jakichś hop-siupów, przeboików, które dekady w pamięci ludzkiej nie przetrwają, a co tu o wiekach myśleć.

Ech, chcielibyście kiedyś dożyć wielkości Ritchiego Blackmore’a. Muzyka z klasą, szanującego muzyczną przeszłość i przyszłość.

A jego niemęskie rajtuzy? Są bardziej męskie niż myślicie.

Dariusz Łanocha

Ritchie, Candice i Pan Dariusz

Social media
Szukaj...
Skip to content