Z diariusza Pana Dariusza: Zajrzyjcie do mojego koszyka

Radujcie się! Świąteczny koszyk kulturalnych prezentów dla Was przygotowałem. Radujcie się, bo to kosz bezpieczny i absolutnie wirusów pozbawiony. Nie musicie w tłumie niebezpiecznie święcić, poświęćcie raczej świąteczny czas kulturze, a mieć go trochę wolnego będziecie. A święta Wasze radosnymi i mądrzejszymi oraz zdrowszymi będą. Z mojego koszyka samo zdrowie będzie, a nie tłusta kiełbasa, cholesterolowe jajka i inne podejrzane smakowitości, pozbawiające zdrowotności.

W moim wielkanocnym koszyku – tylko smakowitości. I film, i książka ciekawa, i muzyka warta posłuchania. Zacznijmy od tej ostatniej. Wielkanocny czas zadumy wypada artystycznie wspomnieć. Upamiętniano ten los w księgach wielu, dostojnych poematach, dramatycznych spektaklach, poważnych operach. Dopiero jednak w 1969 roku dwóch młodych Brytyjczyków wpadło na pomysł, by religijne święto, ukrzyżowanie i zmartwychwstanie Chrystusa opisać, wykorzystując szalenie wówczas na świecie popularną muzykę rockową,  w szlachetną, operową formę ją ubierając. Andrew Lloyd Webber napisał muzykę, a Tim Rice libretto do pierwszej w dziejach rock-opery Jesus Christ Superstar.Szukając wokalisty do tytułowej roli Jezusa usłyszeli Child in time Deep Purple i szalejącego w tym klasyku wokalnie Iana Gillana. 24-letni wokalista kroczył już zdecydowanie hard-rockowym szlakiem, z którego do opery muzyczna droga wydawałoby się kosmicznie odległa. A jednak, z ciekawości rolę przyjął, ku zniesmaczeniu wielu rockowych fanów i zdziwieniu operowych melomanów, którzy w tę rolę wpisaliby najchętniej Luciano Pavarottiego.

Na szczęście jednych i nieszczęście drugich – pomysł wypalił. Pierwsza w historii rock-opera odniosła komercyjny sukces, trafiła na listy przebojów, zainteresowała się nią wielka Ameryka, a spektakle wylądowały na Broadwayu oraz w wielu krajach. Do dziś jest to dzieło regularnie grywane na wielu kontynentach. Doczekało się także polskiej wersji. W 1987 roku zdecydował się tę sztukę wystawić Teatr Muzyczny w Gdyni, powierzając dzieło reżyserowi Jerzemu Gruzie i tekściarzom Wojciechowi Młynarskiemu oraz Piotrowi Szymanowskiemu. W polskiej wersji do roli Jezusa zatrudniono Marka Piekarczyka, wokalistę TSA, który ból Chrystusa potrafił wykrzyczeć i wyśpiewać, jak mało kto. I to przedsięwzięcie było sukcesem.

Rokrocznie, ja jednak powracam do pierwowzoru, czyli płytowej wersji z 1970 roku. Tym chętniej, że po półwieczu cyfrowo ją zremasterowano i brzmieniowo unowocześniono. Gillan jako Chrystus, w wielu scenach (prześladowanie, sąd, ukrzyżowanie) śpiewa tak uczciwie, że prawdziwy Jezus mógłby mu tej artystycznej szczerości tylko pozazdrościć. A puentując tę opowieść, dodam jeszcze, że konkurujący ongiś do roli Jezusa, Ian Gillan z Luciano Pavarottim spotkali się na scenie, wspólnie wykonując klasyczne  Nessum dorma, w 2003 roku. I wzajemnych słów zachwytu po tym wykonaniu, nad możliwościami wokalnymi, sobie nie szczędzili. Zajrzyjcie w tej sprawie na znanego Wam YouTube’a.

I ja nie szczędzę słów zachwytu nad reporterską robotą Artura Domosławskiego, wsadzając Wam do wielkanocnego koszyka kultury księgę Wygnaniec. 21 scen z życia Zygmunta Baumana. Podejrzewam, że wielu z Was niewiele to nazwisko mówi. I tak jest, gdyż jest to jedna z tych postaci w życiu naszej kultury, filozofii, która u kresu długiego życia w rodzinnej Polsce zaczęła być doceniana. Przyznam, że i ja późno Baumana poznałem, lecz z każdą wieścią o jego życiu, intelekcie coraz więcej się dowiadywałem. A on zachwyca swoją postacią w każdym wersie tej książki. Przedzieram się przez kolejne strony tego wielostronicowego dzieła (na Kindlu czytam, więc rozmiaru aż tak nie odczuwam) i dowiaduję się o naszym życiu, polityce światowo widzianej, o kulturze, religiach, wielu rzeczy niebanalnych, odkrywczych, nowatorskich. Niestety, dopiero po ich śmierci dowiadujemy się, jak znaczącą rolę w naszym życiu odgrywały takie postaci, jak ks. prof. Józef Tischner, Marek Edelman czy rozpoznawany przeze mnie właśnie bliżej prof. Zygmunt Bauman.

Nie miałem tego dylematu, by obejrzeć na Netflixie film Życie przed sobą. Już sam tytuł prowokował, by oko uruchomić, gdyż główną w nim rolę gra Sophia Loren. Włoską aktorkę chciałem zobaczyć koniecznie, gdyż to bogini kobiecego piękna z lat mojej młodości. Jakże intrygującym być może więc to, jak ona rolę tej bogini wypełnia w wieku 86 lat. I wiecie co? Nie zawiodłem się. Bo i film mądry, i ważny, bo i klasy aktorskiej Sophii Loren nie zabiorą, mimo że trochę zmarszczek przybyło. Jej rola Madame Rose, żydowskiej więźniarki Auschwitz, robi wrażenie, podobnie jak wstrząsająca opowieść o życiu. Więcej szczegółów Wam nie zdradzę, sami sprawdźcie, a podejrzewam, że dziękować mi będziecie. To film dla intelektualnie nieobojętnych wobec ludzkiej nieprzyzwoitości.  

Smutek mój, że tak niewiele mogę Wam polecić. Czasy takie. Siedźcie w chałupach, słuchajcie, czytajcie, oglądajcie, a na Covida uważajcie. Wystarczy, że tylko tego Wam pożyczę z okazji nadchodzących Wielkanocnych Świąt.

A Bóg kultury będzie z nami.

 

Dariusz Łanocha

 

 

Social media
Szukaj...
Skip to content