Z diariusza Pana Dariusza: Kijkowanie zaszczepieńca

Dwie wieści Wam dziś dostarczam. Ta pierwsza, bardzo, bardzo smutna. Już po napisaniu optymizmem nasączonego felietonu dowiedziałem się, że zmarł Stanisław Dziedzic, człowiek prawdziwej kultury, wieloletni dyrektor Wydziału Kultury Urzędu Miasta Krakowa, znacząca postać wielu instytucji z kulturą powiązanych. Przez prawie 4 dekady współpracowaliśmy, w różnych miejscach się spotykając. Miał tę zaletę, od innych ludzi Go odróżniającą, że nie panoszył się, nie wywyższał, potrafił różne kultury świata i religie pojąć, a nawet rodzaj mojego humoru i dowcipu rozumiał. A wspomagał kulturę w wielu jej obliczach, na wszystkich sprawowanych funkcjach. Doprawdy, wielki smutek mnie dopadł na wieść o tym, że odszedł przez Covida. Żegnaj Stasiu!

Radosna wieść jest taka, że ja Covida nie lekceważę: we wtorek, 6 kwietnia roku bieżącego, dołączyłem do coraz liczniejszego grona antycovidowo zaszczepionych produktem Astry Zeneki. By wszelkie wredne spekulacje przeciąć, nie szczepiłem się w Rzeszowie, miejsca w kolejce nie zawdzięczam celebryckiemu pochodzeniu ani medycznym znajomościom. Zawdzięczam tę dawkę medycznej nadziei wyłącznie własnemu uporowi  oraz – co tu się wstydzić – osiągniętemu wiekowi senioralnemu. Do rejestracji, a nawet przyspieszenia terminu szczepienia – doszło komputerowo i bezproblemowo, co jest jednym z argumentów za tym, że ci, którzy w tej sprawie na rząd tylko totalnie pomstują, nie zawsze mają rację. Także sam akt szczepienia w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie wręcz perfekcyjnie zorganizowano, dzięki czemu, w niespełna 40 minut sprawę załatwiłem.

Bez wstydu przyznaję, że należę do tego licznego (wbrew pozorom) grona męskich macho, którzy na widok strzykawki wbijanej w ciało – strachliwości doznają, podobnej do tej związanej z wizytą u dentysty. I tym razem też tak było. Dzielnie jednak te kilka sekund wytrzymałem, oczy zamykając.  Wytrzymałem też przez dwa dni lekki ból mięśniowy lewej ręki, w którą igła wbita została. Mogło być gorzej, niektórzy znajomi wcześniej antyzacovidowani, skarżyli się na poszczepienne gorączki, bóle głowy i nudności. By uniknąć ich, radzili zadbać przed szczepieniem o kondycję organizmu, jego odpowiednie nawodnienie, odpoczynek. Święta Wielkanocne okazały się znakomitym dla takich przygotowań czasem.

Tylko gdzie od krakowskiego smogu odpocząć? Zajrzałem do internetu, by rady zasięgnąć. Okazało się, że najmodniejsze obecnie miejsca odpoczynku to Zanzibar, Madagaskar, Meksyk, Dubaj. Z tych krajów najczęściej swoje roznegliżowane fotki nadsyłają różne Dody i inne Rozenki. Ech, przygotowałbym się do szczepienia na takim Zanzibarze, rozmarzyłem się nawet. Zajrzałem jednak do portfela, gdzie – domyślić się możecie – pustawo było i marzenie o Zanzibarze prysło.

Trzeba było podjąć rodzinną decyzję o spędzeniu Wielkanocy na świętokrzyskiej wsi polskiej, w lasach pod Chęcinami. Tam też pojechaliśmy, tam Wielkanoc spędziłem i organizm wzmacniałem, kijkując po leśnych drogach. Zapewne nie wiecie, czymże owo kijkowanie jest. Już Wam tłumaczę. Tak nazwać postanowiłem coraz powszechniej uprawiany przez seniorów nordic walking, czyli długie marsze z pomocą kijków, zbliżonych wyglądem i funkcją do  narciarskich. Nie lubię zaśmiecać rodzimego języka coraz popularniejszymi anglojęzycznymi nazwami, skoro piękną polszczyzną można nowe zjawiska kulturowe opisać. Fińskie nordic walking nazwałem więc kijkowaniem i upowszechniam tę nazwę. Jestem święcie przekonany, że profesorowie językoznawcy – Bralczyk z Miodkiem – nic by przeciw temu nie mieli.

Znacie mnie, wiecie więc, że jestem zapalonym cyklistą i tę formę sportu uprawiam najczęściej. Gdzież więc korzyść znalazłem w znacznie wolniejszym i bardziej wyczerpującym kijkowaniu? Ano w pracy mięśni i barku, które więcej  w chodzeniu pracują. Także w bliższym kontakcie z leśną przyrodą, której piękno podczas szybkich rowerowych eskapad umyka. Bardzo mi się ten dla mnie nowy sport spodobał, kijkowałem więc nawet dwa razy dziennie, po 8 – 10 kilometrów, wykonując przy tym pod 14 – 20 tysięcy kroków, co odpowiednie smartfonowe aplikacje potrafią obliczyć.

Kijkowanie nie jest bezkulturowe. Trzeba wziąć słuchawki, włączyć dobrą płytę lub książkę na audiobooku, a z każdym krokiem kijkarz kulturalniejszym się staje. Tak i ze mną było. Na Tidalu znalazłem wiele nowości, spośród których albumy grupy Cactus i The Pretty Reckless Wam polecam. Szczególnie ta druga płyta Death by Rock and Roll mnie urzekła rockowym wigorem, talentem młodej wokalistki, Taylor Momsen, i jej autorskimi kompozycjami przeczącymi tytułowej sugestii, że rock umiera. Nic z tego! Żyje i ma się dobrze.

I ja też mam się dobrze, a będę się miał jeszcze lepiej 29 czerwca, po przyjęciu drugiej porcji szczepionki, która będzie najlepszym z prezentów na przypadające w tym akurat dniu kolejne urodziny.

Wybaczcie, kończyć muszę, gdyż w ramach poszczepiennej rekonwalescencji na kijkowanie się wybieram. Tyniec czeka na mnie.

 

Dariusz Łanocha

 

  

Social media
Szukaj...
Skip to content