Z diariusza Pana Dariusza: Wojna futbolowa XXI

Z diariusza Pana Dariusza: Wojna futbolowa XXI

Na szlak bitewny Was dziś zapraszam, wyjaśniając od razu, że nie jest to bitwa z supergroźnym lagunem croissantowym, który tyle zasłużonej sławy memu Krakowowi w całym świecie, w promocyjnym prezencie, dostarczył. Bitwa, o której pisać będę, toczy się na oraz przy europejskich boiskach piłkarskich, czyli piłki kopanej dotyczy.

Sprawie bliżej zacząłem się przyglądać z dwóch zasadniczych i wcale niebanalnych powodów. Mogliście tego nie wiedzieć, ale ja nie tylko kulturą i sztuką żyję, i o nich piszę, ale także piłką kopaną się interesuję. Najważniejsze mecze oglądam, a nawet głośno w ich trakcie krzyczę do telewizora. Co oczywiście wzbudza równie głośne protesty współdomowników mnie uspokajających. Nie muszę chyba dodawać, że mieszkają ze mną same kobiety, które nijak przyczyn fenomenu futbolu nie kumają, gdyż bardziej zafascynowane są rozwojem cywilizacji obuwniczo-kosmetycznej. A ja przeciwnie.

Tej nowej wojence futbolowej przyjrzałem się bliżej także dlatego, że pamiętam świetną książkę reportażową mistrza tego gatunku, Ryszarda Kapuścińskiego. Wydał on w 1979 roku Wojnę futbolową, w której namiętnie się zaczytywałem, reporterski kunszt autora i pióro podziwiając. Guru światowego reportażu opisał w niej konflikt zbrojny pomiędzy Hondurasem a Salwadorem z 1969 roku, którego powodem były przygraniczne spory o ziemię rolników obu krajów. Do prawdziwej wojny pomiędzy krajami doszło po przegranym przez Honduras meczu z Salwadorem w eliminacjach do mistrzostw świata. Wywołany tym konflikt zbrojny trwał na szczęście niezbyt długo, niemniej ofiary ludzkie przyniósł.

Powodem wojny futbolowej XXI wieku nie są w żadnym stopniu spory rolników, lecz próba powołania nowej autonomicznej Superligi piłkarskiej, złożonej z najbogatszych klubów Europy. Pomysł zainspirowały Liverpool i Real Madryt, dopraszając klubowych gigantów futbolu z Francji, Anglii, Hiszpanii, Włoch i Niemiec. Już samą ideą byłem zaskoczony, gdyż oferta piłkarska w tym względzie już jest nadzwyczaj wystarczająca. Mamy przecież rozgrywki ligowe, mamy mistrzostwa świata, mamy Ligę Mistrzów, olimpijską rywalizację, mamy rozgrywki pucharowe w krajach i na kontynencie, mamy wreszcie całkiem niedawno powołaną do życia Ligę Narodów. Po kiego grzyba nam więc jakaś nowa Superliga?

Wiem, że od przybytku głowa nie boli, powinna to być jednak mądra głowa. A w tej sprawie ktoś po rozum do głowy nie poszedł, tylko udał się na wagary. A po co? Jeszcze większa kasa mu się przyśniła.

Bo w całym tym konflikcie wyłącznie o kasę chodzi, o czerpanie dodatkowych, gigantycznych finansowych zysków dla niewielkiej grupy menedżerów sportowego biznesu i piłkarzy, i tak już sowicie opłacanych. Przeczy to ideałom sportu, w którym chodzi o uczciwą rywalizację, w którym o wyniku i sławie decyduje się na boisku, a nie przy stoliku finansowych hochsztaplerów. Inicjatorzy Superligi w podejrzany sposób chcieli zostać futbolowymi nadludźmi w sporcie. Tworząc Superligę, pragnęli stworzyć futbolową kastę, czerpiącą zyski z reklam, telewizyjnych transmisji i internetowych transmisji, które planowali prowadzić nawet na fejsbuku.

Przyznajcie, w czasie covidowej pandemii wyjątkowo to obrzydliwa postawa, gdyż wiele mniej zasobnych finansowo klubów europejskich wręcz walczy o życie. Zamknięte dla kibiców stadiony nie przynoszą przecież zysków, podobnie jak odwołane z powodu pandemii mecze. Tchu finansowego europejskim średniakom brakuje zdecydowanie, choć wiele z tych drużyn mogłoby śmiało niejednym gwiazdorskim klubom na boisku dokopać. Czego historia piłki niejednokrotne dawała dowody.

Słusznie więc rwetes przy boiskach się zaczął. Zaprotestowała UEFA, sprzeciwiła się FIFA, oburzono się w mniejszych klubach. Pogrożono renegatom-odszczepieńcom nie tylko palcem, lecz także bardzo konkretnymi konsekwencjami, także takimi, jak odsunięcie od rozgrywek w zawodach i zabronienie piłkarzom gwiazdorskich klubów wyjścia na boiska w ramach najbliższych mistrzostw Europy latem tego roku organizowanych.

Mimo początkowego oporu wielkich, ich strach przed konsekwencjami miał coraz większe oczy. Pomysłodawcy Superligi, poszczególne kluby, rakiem z pomysłu zaczęły się wycofywać, tym bardziej, że do protestu w tej sprawie dołączyli się kibice. A stracić kibiców, oznacza porażkę w tym biznesie, tym większą, że jeszcze zyskowniejszy miał to być biznes. Gdy piszę te słowa, wiele wskazuje na to, że z pomysłu całego nic nie wyjdzie, co dowodzi tego, że nawet w piłce kopanej formy demokratyczne i normy etyczne jeszcze jakieś obowiązują, a nie tylko kasa rządzi.

Jak to się zdarzyło w wojnie futbolowej XX wieku na południowoamerykańskim kontynencie, tak i europejska wojna futbolowa XXI wieku zapewne krótką będzie. A jestem o tym bardziej przekonany, gdy na front walki wkroczył generał Zbigniew Boniek, który awansował na stanowisko wiceprezydenta UEFA, po raz pierwszy w historii objęte przez Polaka.

A Boniek od dawna w futbolowych organizacjach upominał się o równość w piłce, dbał o mniej znaczące europejskie kluby. Nie zapomniał też, jak strzela się celnie, organizatorzy Superligi już powinni więc poddać swój niecny zamysł walkowerem.

 

Dariusz Łanocha

 

 

 

 

 

Social media
Szukaj...
Skip to content